1990 - 05 (16-31 maja - niekompletny)

_
ARTYKUŁY * WYWIADY * KOMENTARZE

-------------------------------------------------

WYWIAD Z JÓZEFEM DARSKIM

(PRZEPROWADZONY W GRUDNIU 1989 ROKU)

Ewa Kubasiewicz: Jesteś związany z Liberalno-Demokratyczną Partią
"Niepodległość". Czy mógłbyś powiedzieć, na czym po-
lega Twój związek z tą partią ?

Józef Darski: Jest to związek dość prosty. Jestem przedstawicielem
zagranicznym LDP "N". Moje zadanie polega na dbaniu
o zasoby finansowe LDP "N", kontakty zagraniczne i dopływ materiałów
z zagranicy.

EK: I udaje Ci się to realizować ?

JD: Dotychczas mi się udawało. Teraz jednak przeżywamy okres zasadni-
czych zmian i więcej się udawać nie będzie - z tej prostej przy-
czyny, że na Zachodzie wszystkie liczące się ośrodki postawiły na
reformę komunizmu, a nawet jego likwidację rękami samych komunistów.
Jeżeli np. Sekretarz Stanu USA Baker składa oświadczenie, że pomoc dla
Gorbaczowa jest ważniejsza od pomocy dla Bałtów, to oznacza, że Stany
Zjednoczone - a w tym wypadku one są najważniejsze również jako źródło
finansowania - zrobią wszystko, żeby popierać w Europie Wschodniej
takie siły polityczne, które będą tę Europę uspakajały i w ten sposób
nie będą stwarzały problemu Gorbaczowowi. Stany Zjednoczone, a przy-
najmniej ta grupa ludzi, która w tej chwili rządzi, uważa, że
Gorbaczow wprowadza takie zmiany, które mogą być korzystne dla Zacho-
du, tzn. które w ich mniemaniu spowodują, że komunizm utraci zdolność
do ekspansji.

W tym samym duchu była wypowiedź H. Kissingera, który stwierdził,
że Zachód i Sowiety powinny RAZEM kontrolować ruchy opozycyjne w bloku
sowieckim. Przykładem może tu być triumfalna wizyta L. Wałęsy w USA.
Dlaczego Wałęsa był tak tam przyjmowany ? Z prostej przyczyny. Dla
Amerykanów Wałęsa daje gwarancje tego, że w Polsce będzie spokój, że
w Polsce nikt komunizmowi nic złego nie zrobi, że Polska nie dostarczy
kłopotów Gorbaczowowi, a zatem - w mniemaniu Stanów Zjednoczonych, czy
też szczególnie Departamentu Stanu i takich ludzi jak Brzeziński oraz
osób, które mają wpływ na rządzenie - że władza Gorbaczowa nie zosta-
nie zagrożona.

EK: Czyli uważasz, że opozycja, którą nazwałabym niezależną, nie ma
w ogóle co liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony Ameryki ?

JD: Na żadną. Musi się nawet liczyć z przeciwdziałaniem i to na
znaczną skalę, zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie. W skraj-
nym wypadku może to być nawet przeciwdziałanie policyjne, ale myślę,
że ważniejsze jest przeciwdziałanie innego rodzaju. Na obecnym etapie
komunizm wcale nie musi się pozbywać antykomunistow. Wystarczy, że ich
zmarginalizuje. W tym celu będą używane zachodnie środki masowego
przekazu. Postara się już o to opozycja konstruktywna - partnerzy ko-
munistów na Wschodzie i ich interlokutorzy, a także ośrodki rządowe na
Zachodzie. Będą nadawały znaczenie - poprzez publikacje, pomoc, zapro-
szenia - tym ośrodkom w kraju, które nie będą komunistom stwarzały
kłopotów, tylko będą z komunistami współpracowały.

Chciałbym tu podkreślić, że największa akcja dezinformacyjna komu-
nistów się powiodła. Tzn. KGB, której polityki wyznawcą jest Gorba-
czow, udało się przekonać Zachód, że oto straszni, źli komuniści
czyhają tylko na to, żeby przejąć władzę i utopić wszystko we krwi
i rzucić się na Zachód, rozpętać wojnę czy coś w tym rodzaju, dlatego
też trzeba za wszelką cenę pomagać dobrym komunistom, czyli Gorbaczo-
wowi.

W ogóle myślę, że wkrótce KGB stworzy w samych Sowietach dwie
oficjalne partie polityczne, niezależne od KPZR. Na czele jednej
z nich postawi Ligaczowa lub kogoś mu podobnego (w Polsce będzie to
pewnie Miodowicz albo jakiś inny) - a z drugiej strony partię tzw.
lewicową, na czele której postawi się Jelcyna (w Polsce mamy Ruch
8 Lipca). To jest ten sam schemat, który będzie powielany we wszyst-
kich krajach łącznie z Węgrami. Dzięki tej operacji Sowiety będą miały
nieustanny dopływ kapitału, technologii oraz współpracę w dziele
uwierzytelnienia swoich poputczyków, czyli obecnie swoich współpracow-
ników w rządzie.

EK: Bardzo interesujące jest to wszystko, co mówisz, ale ja chciałabym
wrócić jeszcze do sedna tego pytania. Powiedziałeś, że udało Ci
się jakąś pomoc uzyskać, ale to już koniec. Czy wobec tego uważasz, że
oficjalne organizacje niezależne, takie jak LDP"N", jak Solidarność
Walcząca, poradzą sobie bez pomocy Zachodu ? Czy też uważasz, że to
jest śmierć dla tych organizacji ?

JD: Nie, one nie umrą, będą wegetowały na marginesie, bez żadnego zna-
czenia. Chciałbym tu zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Po pierwsze na
taktykę komunistów, a po drugie na błędy naszych organizacji. Przy
czym mówię wyraźnie "naszych", żeby nie było potem nieporozumień.

Zacznijmy od taktyki komunistów, która wymaga tu szerszego omó-
wienia. Komuniści nie mogą stosować represji, bo to by zepsuło ich
obraz i uniemożliwiło zastąpienie Ameryki we wspólnym domu europejs-
kim. Mówiąc "komuniści" mam tu na myśli komunistów sowieckich, gdyż
inni komuniści są jedynie ich sekcjami narodowymi i odgrywają rolę wy-
konawczą. Chodzi o to, gdzie jest prawdziwa władza, kto podejmuje
decyzje, czyli kto ma władzę, a kto jej pozory. Mam na myśli centrum:
KGB, GRU i wojsko. Centrum na Kremlu i macki tego centrum w krajach
satelickich na Wschodzie. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że
komuniści nie mogą stosować represji, ponieważ w ten sposób ich gra
o zastąpienie Amerykanów w Europie Zachodniej i jej uporządkowanie
poprzez wprowadzenie do niej krajów satelickich byłaby niemożliwa,
gdyż nie mogliby uchodzić za demokratów, a zwłaszcza socjaldemokratów.
Gdy się przyjrzymy tej operacji bliżej, dochodzimy do wniosku, że
żadne represje nie są komunistom potrzebne. A dlaczego ? Otóż komuniś-

ci otworzyli teraz ogromną szansę awansu i robienia kariery przed
inteligencją. I tą właśnie inteligencją będą się posługiwali do
marginalizowania antykomunistów.

Inteligencja, która obecnie podjęła współpracę z partią komunis-
tyczną, będzie broniła swoich pozycji przed atakami antykomunistów,
będzie ich marginalizowała zarówno dzięki pomocy samych komunistów,
jak i Zachodu. Przykładem jest "Gazeta Wyborcza", która stosuje poli-
tykę cenzuralną ostrzejszą od np. komunistycznego tygodnika "Polity-
ka", bo sama się broni i broniąc się w ten sposób wiąże się z partią
komunistyczną. Ma te możliwości, bo z jednej strony są to przydziały
papieru od gen. Kiszczaka, a z drugiej strony są to dolary z Zachodu.
Dolary, których my nigdy nie otrzymamy.

Sytuacja jest więc taka: ta grupa inteligencji otrzymuje od komu-
nistów pozycję blisko władzy, broniąc swojej uprzywilejowanej pozycji,
broni też pozycji władzy i marginalizuje wpływy antykomunistyczne. Co
więc mogą zrobić nasze gazetki mające kilka tysięcy nakładu w porówna-
niu z "Gazetą Wyborczą", która ma pół miliona nakładu ? W dodatku na-
sze gazetki są droższe, gorzej drukowane, mają więc mniejszy zasięg
itd. Żadne represje nie są więc potrzebne.

EK: Czyli, że jednak jest to śmierć ?

JD: Nie śmierć, tylko wegetacja.

EK: No tak, ale taka wegetacja to polityczna śmierć.

JD: Tak, to polityczna śmierć, bo kto w polityce nie ogrywa istotnej
roli, ten umiera. Chciałbym tu zwrócić uwagę, że moim zdaniem
inteligencja będzie odgrywała rolę partii zewnętrznej, gdyż komunistom
partia komunistyczna nie jest więcej potrzebna. Partia wewnętrzna,
czyli nomenklatura, da sobie radę bez partii komunistycznej. Dzięki
spółkom nomenklaturowym, prywatyzacji poprzez nomenklaturę, prawdziwe-
mu ośrodkowi władzy stworzonemu wokół prezydenta i tych struktur,
nomenklatura będzie zachowywała władzę. A ponieważ będzie otrzymywała
pieniądze z racji prywatyzacji, czyli pasożytowania na Zachodzie
i państwie, będzie utrzymywała swoją pozycję ekonomiczną, wyższą niż
dotychczas. I tam będzie prawdziwa władza.

Ale to nie znaczy, że inteligencja nie będzie z tego korzystała.
Będzie również pasożytowała na państwie, które będzie zasilane przez
zachodnie kredyty oraz będzie pasożytowała bezpośrednio: poprzez sty-
pendia, różne dotacje itp. Ta inteligencja nie będzie podejmowała
istotnych decyzji, ale będzie zajmowała stanowiska. Przede wszystkim
w środkach masowego przekazu i w służbie dyplomatycznej. W środkach
masowego przekazu dlatego, aby bronić przed społeczeństwem i antykomu-
nistami swoich i komunistów pozycji.

Zjawiskiem nowym jest to, że brak cenzury wcale komunistom nie
będzie szkodził, ponieważ nie będzie doprowadzał do zmiany rządu. Po
drugie cenzura inteligencji współpracującej z komunistami, autocenzura
i cenzura wobec innych będzie wystarczająca. Inteligencja będzie we
własnym interesie stosowała taka cenzurę.

EK: Czy w takim razie nie byłoby lepiej w tej sytuacji, żeby organiza-
cje nasze zaczęły działać jawnie ? Żeby jawnie uczestniczyły
w życiu politycznym ?

JD: Nad antykomunistami ciąży pewien kompleks - kompleks NEP-u. Anty-
komuniści wyobrażają sobie, że oto komuniści wprowadzili NEP i za
rok, dwa, trzy nastąpi zwrot i trzeba będzie znów zejść do podziemia
itd. Jest to moim zdaniem rozumowanie błędne. Celem komunistycznej
strategii jest podbój Europy, pasożytowanie na niej i wprowadzenie pax
sovietica na terenie całego świata. Czyli kiedyś Europa będzie podpo-
rządkowana i komuniści uzyskają taką potęgę, że będą mogli zmusić USA
do przeprowadzenia pewnych wewnętrznych zmian. I myślę, że tacy
politycy jak Brzeziński doskonale zdają sobie z tegoi sprawę i liczą
na to. Oni uważają, że tylko w świecie, w którym Sowieci uzyskają de-
cydujący głos, można będzie w Ameryce przeprowadzić takie zmiany, na
których oni - liberałowie - skorzystają i dorwą się do władzy. Dlatego
popierają na świecie podział władzy z komunistami i popierają utrzy-
mywanie i unowocześnianie komunizmu. Ale jest to perspektywa kilkulet-
nia, która mimo wysiłków liberałów amerykańskich, mimo wysiłków
zjednoczeniowych prawicy i lewicy europejskiej może się nie udać.

Z całą pewnością mamy obecnie 3 lata do 1992 roku, kiedy "plura-
lizm" i "wolność demokratyczna" będą rozkwitały, i nic się nie stanie
przez te 3 lata z całą pewnością. Te 3 lata komuniści mają na zjedno-
czenie Niemiec, bo jeżeli chcą, żeby Moskwa zastąpiła Amerykę w Euro-
pie, to muszą przed zjednoczeniem Europy, czyli przed grudniem 92,
doprowadzić do konfederacji Niemiec. Do czasu zjednoczenia Niemiec pod
egidą komunistyczną nie mogą zrobić odwrotu do represji, ale muszą te
strategie pseudodemokracji realizować. Stąd wybuchy w NRD, Czechosło-
wacji, a nawet w Bułgarii.

Sytuacja ekonomiczna jest tak katastrofalna, że KGB nie ma czasu na
powolne zmiany, stąd szansa, że utracą nad nimi kontrolę i stąd źródło
mego optymizmu. KGB musiało natychmiast wprowadzić scenariusz zmian
w satelitach, gdyż potrzebuje pomocy żywnościowej Zachodu. W przeciw-
nym wypadku w samym centrum groziłby wybuch o nieprzewidywalnych dla
komunistów skutkach. Albo rozwój wydarzeń wymknąłby się im wówczas
spod kontroli, albo musieliby zastosować represje przekreślające sce-
nariusz opanowywania Europy. Woleli więc zaryzykować i przyspieszyć
zaplanowane zmiany. Muszą to wszystko zrealizować przed rokiem 1992
i przed tym rokiem muszą doprowadzić do konfederacji niemieckiej.
Tak więc przez 3 lata nic nam nie grozi, oprócz szczypania oczywiś-
cie. Policja będzie namawiała jakichś "nieznanych sprawców", żeby na
nas napadali. Morawieckiego mogą, jak wyjdzie z podziemia, zakatrupić,
ale to są koszty. Policja ma nas doskonale rozpracowanych i tylko oni
korzystają na tym, że nie działamy jawnie. Policji łatwo jest organi-
zować takie akcje, gdyż ludzie i tak nie będą o tym wiedzieli. A po 92
roku Europy Zachodniej nie będzie można tak szybko skonsumować.
Przecież chodzi o to, żeby odbudować sowiecką potęgę militarną dzięki
Wolnej Europie. Nie będzie tego można zrobić bez prywatyzacji. Czyli
cała ta sprawa prywatyzacji, związanie się z kapitałem i technologiami
zachodnimi, jest moim zdaniem obliczona na minimum 1O lat i to nam
daje 1O lat na działanie. Potem oczywiście nastąpi odwrót, ale nastąpi
on dopiero po wprowadzeniu pax sovietica. Mamy więc 1O lat na
działalność i trzeba się z tego kompleksu NEP-u wyleczyć. Bo my nie
korzystamy z możliwości, które komuniści nam dają: korzysta inteligen-
cja poputczykowska, która współpracować będzie z komunistami i która
nas z chęcią na tym marginesie będzie trzymała.

EK: Powiedziałeś, że na tym tylko oni, czyli komuniści, korzystają. A
więc ?

JD: Więc trzeba przejść do działalności jawnej. Trzeba zmusić komunis-
tów, żeby zastosowali wobec nas represje.

EK: Więc uważasz, że np. taki Morawiecki powinien wyjść z podziemia ?

JD: Taktyka Morawieckiego polega, jak rozumiem, na oczekiwaniu na
bliski wybuch i wtedy próbie pokierowania nim. Wydaje mi się, że
wybuchu na taką skalę, by umożliwił wyrzucenie lub znaczące osłabienie
komunistów, nie będzie. Chciałbym być dobrze zrozumiany: jeśli dojdzie
do zaburzeń, co jest bardzo prawdopodobne, komuniści zbiorą owoce
dotychczasowej taktyki i wymanewrują społeczeństwo, rzucając mu kogoś
na żer. Przecież mogą dowolnie zmienić Mazowieckiego na Geremka czy
Wałęsę i na odwrót. Obecnie zarządzanie kryzysem już nie wymaga zmiany
ekipy komunistycznej, skoro oficjalnie nie sprawuje ona władzy. Uważam
więc, że w tym wypadku społeczeństwo zostanie wymanewrowane, co ozna-
cza sytuację z grubsza stabilną. Ostateczna rozprawa z komunistami
będzie miała zapewne przebieg gwałtowny, ale to dopiero za kilka lat.
Nawet zaś w sytuacji zaburzenia, Morawiecki nie będzie w stanie
odegrać żadnej znaczącej roli, gdyż istniejąca blokada informacyjna
powoduje, że dla większości społeczeństwa SW i jej przewodniczący
przestaje już istnieć.

Na marginesie zastanówmy się, kto może odgrywać rolę polityczną
w komuniźmie ? Tylko osoby znane. Ale aby być znanym, trzeba wcześniej
kolaborować z komunistami, by massmedia cię pokazywały, lub zostać
uznanym przez komunistów za wroga, by o tobie pisano. Tak więc w obu
przypadkach uzyskaniue pewnej popularności w kraju zależne jest od
komunistów, a to daje ogromne możliwości manipulacji. Tu tkwi przy-
czyna, dla której w polityce krajowej największą rolę odgrywają dawni
współpracownicy systemu, którzy w jakimś momencie, ale już po uzyska-
niu pewnego rozgłosu, z nim zerwali. Mogłaby temu zapobiegać RWE, ale
nią też kierują sojusznicy komunistów, więc koło się zamyka.

Zastanowmy się: a gdyby Kornel zaczął już teraz organizować wiece ?
Jeżeli go policja aresztuje, to plus dla nas, ponieważ udowadniamy, że
nie ma liberalizacji. Jeżeli nie aresztuje, to umożliwi mu jawne dzia-
łanie. Znów plus dla nas, bo nie mogą nas marginalizować. Co więcej -
trzeba zmusić inteligencję z partii zewnętrznej, nieformalnej, żeby
zerwała pakt o nieagresji z komunistami i opowiedziała się po naszej
stronie, albo opowiedziała się przeciwko nam, a wtedy znalazłaby się
już w sposób widoczny w obozie komunistycznym. W obu wypadkach my
wygrywamy, bo albo uzyskujemy jawność sytuacji, albo wzmacniamy naszą
pozycję. W każdym razie nie będzie tak, że cała ta inteligencja, która
teraz robi kariery, będzie przeciwko nam. Na pewno będą jakieś wyłomy,
na pewno ktoś się opowie po naszej stronie.

EK: Między innymi, podkreślam - między innymi, motywacja Morawieckiego
do pozostania w podziemiu jest taka, że uważa on, iż dzięki temu,
że zostaje w podziemiu, społeczeństwo widzi, że nie wszystko jest
w porządku.

JD: Społeczeństwo niczego nie widzi, gdyż po pierwsze nic o Solidar-
ności Walczącej nie wie, ponieważ kupuje "Gazetę Wyborczą", bo ga-
zeta ta leży w kioskach. Społeczeństwo nic o SW nie wie, ponieważ jest
pełna blokada na SW w radio i w gazetach inteligencji partii zew-
nętrznej.

EK: Masz na myśli radio krajowe ?

JD: Mam na myśli przede wszystkim to radio, które ogrywa główną rolę
dezinformacyjną w akcji komunistycznej, czyli Radio Wolna Europa.
To jest chyba oczywiste. W każdym razie społeczeństwo o żadnej SW nic
nie wie, a ci co wiedzą, niedługo to zapomną. To samo z LDP "N". Nikt
nie wie i wiedział nie będzie.

EK: Ustosunkowałeś się do pierwszego punktu motywacji Kornela do-
tyczącej pozostawania w podziemiu. Drugi punkt jest taki, że
trzeba w podziemiu trwać, gdyż sytuacja jest ciężka, będzie jeszcze
gorzej, może dojść do wybuchu społecznego i wówczas taka organizacja
będzie bardzo przydatna.

JD: Nie będzie przydatna, bo nikt nie będzie o tej organizacji wie-
dział, nie będzie miała kadr, bo wszyscy uciekną robić karierę do
nowej nomenklatury.

Musimy ustalić jakąś terminologię. Ja uważam, że nomenklatura
będzie się teraz składała z nomenklatury komunistycznej, która będzie
miała władzę i z nomenklatury inteligenckiej - nowej nomenklatury,
którą będę dalej nazywał drugą nomenklaturą - która władzy mieć nie
będzie, ale dzięki współpracy z komunistami będzie miała korzyści.
Będzie pasożytowała na państwie, na pomocy zagranicznej bezpośredniej
i idącej przez państwo, które samo będzie pasożytowało na Zachodzie.

Takie organizacje jak nasze i jeszcze trzeba do tego dodać Polską
Partię Niepodległościową, bo kolega Szeremietew też ma taką koncepcję
- sądzą że zaraz tutaj będzie wybuch i wówczas wyjdziemy z podziemia
na barykady, staniemy na czele. Otóż jest to bzdura, gdyż ci przywód-
cy, których społeczeństwo zna, pójdą do nowej nomenklatury. W różny
sposób - bezpośredni, albo zostaną wymanewrowani przez Kościół, który
ich będzie używał do walki jedynie z częścią lewicową nowej nomenkla-
tury, z Michnikiem, Kuroniem, Geremkiem itd. Ci, którzy mogliby odeg-
rać rolę przywódczą, nie będą znani społeczeństwu, w związku z czym
całe to zamieszanie, jeżeli nawet do niego dojdzie, zostanie bardzo
łatwo opanowane. Nikt nie stanie na czele.

Zamieszania może jednak w ogóle nie być. Oto,co komuniści wymyślili:
dzięki pauperyzacji społeczeństwa będzie ono przechodziło w stan
apatii. W tej apatii istnieją pewne mechanizmy regulacyjne. Tzn.
ludziom pozwoli się wyjeżdżać na Zachód, pozwoli się zakładać
prywatne, drobne przedsiębiorstwa, pozwoli się co bardziej sprawnym
robić kariery w nowej nomenklaturze, pozwoli sie na emigrację itp. Są
to techniki kontroli, techniki utrzymania społeczeństwa w apatii.
Powstanie kult paczek z Zachodu, kult cargo, jak w Nowej Gwinei, paso
żytowania na Zachodzie.

Będą nawet wolne wybory w tej apatii. W tych wyborach weźmie
udział 2O % i wybierze swych przedstawicieli. Nie będzie miało żadnego
znaczenia, kto będzie w parlamencie, ponieważ parlament, który w tych
wolnych wyborach powstanie, nie będzie miał żadnego znaczenia. Ludzie
tam będą gadali, ale nie będą mieli władzy. Władza będzie gdzie
indziej, w nomenklaturze i u prezydenta. Parlament wyłoniony w wolnych
wyborach wybierze sobie premiera, może sobie nawet wybrać rząd,
w skład którego komuniści mogą nawet w ogóle nie wchodzić, gdyż MSW
nie będzie miało żadnego znaczenia, bo obok będzie drugie MSW, które
zostało już założone przez Kiszczaka - podporządkowany prezydentowi
Komitet Pokoju Społecznego.

Można więc wyobrazić sobie taki system, gdzie będą wolne wybory
będzie parlament, nie mający nic do gadania i gdzie prawdziwa władza
będzie gdzie indziej. A społeczeństwo, pogrążone w apatii, nie będzie
się niczym interesowało. Istota nowego systemu polegać ma na tym, że
istnieje władza rzeczywista, w ręku komunistów - reprezentowana tak
jak w PRL, przez prezydenta i jego aparat (w innych krajach, może to
być oczywiście inny rząd) - oraz władza pozorna, którą się będzie od-
dawało ugrupowaniom koncesjonowanym o rodowodzie niezależnym lub
agenturalnym. Te ostatnie to pozostałości dawnych partii.

Zwróć jednak uwagę na różnicę. Dawne partie zostały zniszczone od
wewnątrz przez agentów, od zewnątrz przez represje, które doprowadziły
do przekształcenia ich w tzw. partie sojusznicze, te różne ZSL-e, SD,
partie socjalistyczne, chłopskie itd. itp. Obecnie powstające ugrupo-
wania koncesjonowane są jednak autentyczne w tym sensie, że kształtują
się niezależnie i SAME przyjmują swój status lojalnego sojusznika ko-
munistów, bez konieczności kierowania do nich grup agenturalnych, tak
jak to było zaraz po wojnie.

Bardzo ciekawa, w obecnej sytuacji, jest rola Konfederacji Polski
Niepodległej. Partia ta uzyskała koncesję na dostęp do massmediów,
mimo że nie popiera Magdalenki (Józej Darski nie wiedział jeszcze
o udziale Moczulskiego w tej umowie - red.). Dlaczego ? Zapewne ceną
był udział w wyborach i rodzaj rozejmu z drużyną Wałęsy, ale myślę, że
powody są głębsze. Na początku zaznaczę, że fakt nieobjęcia KPN bloka-
dą informacyjną na krótką metę jest dla niej korzystny, zwiększa bo-
wiem zasięg jej oddziaływania. Ale czy, paradoksalnie właśnie,
konstruktywnym o to nie chodzi ? Spójrzmy jakie to korzyści przynosi
nowej nomenklaturze.

Pokazuje, że cenzura nie jest aż tak straszna - prezcież niepodle-
głościowy KPN nie jest przemilczany. Kanalizuje elementy niezadowolone
w społeczeństwie zwracając, je właśnie ku tej partii. I o to chodzi,
gdyż w momencie decydującej rozgrywki nowej nomenklaturze będzie
bardzo łatwo skompromitować KPN jako partię niepoważną, populistyczną,
wodzowską i wszystko co tylko chcesz. Będzie bardzo łatwo przypasować
KPN do obrazu przeciwnika, który nowa nomenklatura sobie buduje, by
łatwiej go kompromitować za granicą, jako populistyczno - nacjonalis-
tycznych wrogów reform. Tak więc długofalowo KPN, jak sądzę, sama
padnie ofiarą rozejmu z "magdalenkowcami".

Pamiętajmy, że nowej nomenklaturze nade wszystko zależy na przeko-
naniu społeczeństwa, że jest jedyną alternatywą, zaś wszyscy jej prze-
ciwnicy to troglodyci.

A przecież wystarczy zacytować sposób na walkę z inflacją przez
podwyższenie płac i obniżenie cen, wymyślony kiedyś przez KPN, by cał-
kowicie go na Zachodzie skompromitować, a wraz z nim WSZYSTKICH prze-
ciwników "magdalenkowców" - i o to właśnie chodzi.

Można więc powiedzieć, że rozsypujący się komunizm osiągnął sukces,
wychował sobie elity polityczne. Czyż to nie jest przykład udanej so-
wietyzacji ?

EK: Już teraz znane są wypadki, gdy sejm nie mógł podjąć jakiejś
uchwały.Jeśli uchwała jest nie na rękę posłom komunistycznym, to
się ogłasza przerwę w obradach, a po przerwie okazuje się, że nie ma
quorum, gdyż posłowie komunistyczni się ulotnili. Taka technika jest
stosowana.

JD: Moim zdaniem, posłowie nie będą podejmowali żadnych niegrzecznych
uchwał. Jest tylko kwestia, w jakim stopniu uzależnią się od komu-
nistów, do jakiego stopnia zerwą ze społeczeństwem.

EK: Czy polska inteligencja nie rozumie tego schematu ?

JD: Doskonale rozumie, tylko każdy walczy o swój interes. Zwłaszcza
dla intelektualistów, okres stalinowski był niekiedy czasem ide-
alnym. Mieli przywileje, byli dodatkowo rozpieszczani przez władzę,
mieli prestiż, żyli w izolacji od społeczeństwa. Mówię o wąskim kręgu
inteligencji, o intelektualistach. Ale był jeden problem: czasem spa-
dały głowy, no i nie było wolności słowa.

Ta wewnętrzna sprzeczność zostanie pokonana. Po pierwsze - będą
mogli mówić co chcą, pozostaną uprzywilejowani, będą żerowali na
państwie, będą rozpieszczani przez władzę i, co więcej, status inte-
lektualisty zostanie rozszerzony na znaczną grupę inteligencji. Ta
inteligencja, broniąc swojego statusu będzie wprawdzie mówiła to, co
chce, ale będzia chciała mówić co innego niż dotychczas, gdy była
przez władzę odtrącona. Nie będzie broniła wolności. Będzie broniła
swojej uprzywilejowanej pozycji. Przecież, gdyby powstało wolne
państwo, ta inteligencja nie mogłaby na nim żerować. Myślę, że inteli-
gencji zostanie oddana służba zagraniczna. Dlaczego ? Dlatego, że
i tak prezydent ratyfikuje układy, więc co ważniejsze sprawy on będzie
zatwierdzał, natomiast inteligencja porozsyłana zostania do krajów
zachodnich, otrzyma attachaty kulturalne, takie, siakie czy owakie.
Nasi dawni opozycjoniści zajmą stanowiska w ambasadach i będą wygodnie
żyli, będą neutralizowali emigrację, namawiając emigrację ekonomiczną
do reinwestowania w kraju, emigrację polityczną zaś do politycznego
popierania nowego systemu w kraju.

Myślę, że zostanie przypuszczony gremialny szturm na Giedroycia i
"Kulturę",gdyż jest to ostatni bastion myśli niepodległościowej i wol-
nościowej na emigracji, którego poparcia nowej nomenklaturze brakuje.
Już widzę te hordy intelektualistów, napadającyh na "Kulturę", te
usilne starania, by podstępem, groźbą i prośbą wymusić od redaktora
Giedroycia popracie dla nowej systuacji w kraju i dla nowego układu z
komunistami.

Z innymi ośrodkami już sobie dali radę. Czeka je neutralizacja
i wymuszanie kredytów, odgrywanie roli dezinformacyjnej w interesie
komunistów, ale również w interesie własnym, bo bez współpracy
z komunistami oni by tych posad nie otrzymali. Drugi sektor, który
zajmie inteligencja, to środki masowego przekazu. Każda grupa otrzyma
swój dziennik, finansowany rzecz jasna, nie przez czytelników, ale
przez państwo i przez datki zachodnie. I znów, gdyby system był
normalny, oni nie mieliby tych wszystkich korzyści.

Znamienna była wypowiedź pewnego posła, który po bytności w Londy-
nie opowiadał, jak pracuje Izba Gmin, co mu się w tym osobiście naj-
bardziej podobało, i co, jego zdaniem, trzeba niezwłocznie wprowadzić
u nas. Mianowicie to, że każdy poseł z Izby Gmin ma swoje biuro
i sekretarkę. No więc już widzimy: każdy poseł ma swoje biuro
i sekretarkę, a najlepiej trzy sekretarki i pięciu współpracowników,
opłacanych oczywiście przez państwo. To przecież wymarzona posadka.
Zdolni ludzie kończący studia - czego będą pragnęli? Oczywiście,
dostać taką posadę u posła.

EK: No dobrze. Będzie część tej nowej, jak mówisz, nomenklatury, żyją-
cej sobie zupełnie nieźle, a jednak olbrzymia część społeczeństwa
będzie pogrążała się w coraz większej nędzy. I uważasz, że mimo
wszystko nie dojdzie do żadnego wybuchu ?

JD: Nie. Wytrzymają. Po to rozkręcana jest akcja paczkowa, żeby ich
zamienić w bezwolnych Papuasów, którzy będą tylko czekali na za-
chodnie paczki.

EK: Ale paczki przecież nie poprawią w sposób zasadniczy ich sytuacji.

JD: Nie chodzi o to, żeby poprawiać, tylko żeby utrzymać ich na naj-
niższym poziomie, na poziomie apatii. A poza tym, zanim zmarnuje
się i wchłonie nowe kredyty, trochę czasu minie i będzie możliwa sta-
bilizacja, powiedzmy na 2-3 lata.

EK: Ale nie wszyscy będą to akceptowali.

JD: Zajmijmy się więc tymi, którzy nie będą tego akceptowali. Będą
jeździli na Zachód, będą próbowali zakładać prywatne przedsię-
biorstwa, będą dołączali do nowej nomenklatury. A ci, którzy z tych
wszystkich możliwości nie skorzystają, a jednocześnie nie będą chcieli
zadowolić się sytuacją bezwolnej masy, pozostaną zupełnym, nie
liczącym się marginesem. O to komunistom chodzi.

Nowa nomenklatura przećwiczyła już, w ciągu 8 lat stanu wojennego
i powojennego, sposób pozbywania się niepokornych i niezależnych.
Najpierw mówi się, że takie osoby są agentami bezpieki, a gdy to nie
skutkuje, to - że są wariatami.

Ostatnio rozmawiałem z pewnym panem, którego wiedza na temat sytu-
acji w Polsce pochodziła z długich rozmów z Adamem Michnikiem z "Ga-
zety Wyborczej". Jego koronnym argumentem na to, że nie mam racji,
było stwierdzenie: Przecież was jest kilku - tych którzy myślą tak jak
wy. No więc, jeżeli jest tylko kilku, którzy tak myślą, to dowodzi, że
nie mamy racji. A w istocie jest to dowód, że się używa bolszewickich
metod. Bowiem nie ilość zwolenników danego poglądu decyduje o jego
słuszności.

EK: Poza tym nie jest prawdą, że jest nas tylko kilku.

JD: Jest to dowód na to, że są i będą stosowane metody bolszewickie.
I takimi metodami jest bardzo łatwo nas załatwić, tym bardziej, że
my nie będziemy mieli znikąd żadnego poparcia. To trzeba sobie bardzo
jasno uzmysłowić. Żadnego poparcia. Zachod będzie się prześcigał w po-
parciu dla ludzi, którzy z komunistami współpracują.

EK: A czy twoim zdaniem te wszystkie wydarzenia w Europie Wschodniej -
bo z wyjątkiem Rumunii (wywiad był przeprowadzany na początku
grudnia 1989 r., przed obaleniem Ceausescu - red.), wszędzie coś się
dzieje, w większym lub mniejszym stopniu; bo nawet w Bułagarii zaczyna
się ruch - nie zmienią nieco sytuacji ?

JD: Zacznijmy od tego, dlaczego w Rumunii nic się nie dzieje ? To
bardzo ciekawe. Dzień, w którym Ceaucescu ogłosił, że socjalizm
jest jego wzorem, był tym samym dniem, w którym wojska wewnętrzne
opuściły Kiszyniów. Co by było, gdyby rozkaz z Moskwy do Bukaresztu
brzmiał: Rozpocząć pierestrojkę. Otóż efekt byłby bardzo prosty: Rumu-
ni w Besarabii natychmiast zażądaliby przyłączenia do Rumunii.

EK: Powiedziałeś: rozkaz z Moskwy.

JD: Przemiany te są przez Moskwę organizowane. Mam ten sam pogląd co
pani J. Staniszkis. Wprawdzie została na łamach "Tygodnika Soli-
darność" opublikowana, ale już w Warszawie robi się z niej wariatkę.
Proste: kto ma takie poglądy musi być wariatem. Przecież takich poglą-
dów nie może mieć nikt godny szacunku. Czy ktoś godny szacunku może
mieć inne poglądy niż A. Michnik, B. Geremek albo premier Mazowiecki ?
Nie, stanowczo to nie jest możliwe.

Wracam jednak do Kiszyniowa, bo jest to bardzo dobry przykład. Żeby
można było rozpocząć pierestrojkę w Moskwie, najpierw trzeba zneutra-
lizować Rumunów w Mołdawii, by nie wysuwali hasła przyłączenia się do
Rumunii, która stałaby się dla nich, w wypadku pierestrojki w Buka-
reszcie, atrakcyjna. Proszę zauważyć, że Rumuni w Mołdawii wysuwają
hasło niezależności od Moskwy, ale również niezależności od Buka-
resztu. Oczywiście można ich kontrolować. Technika jest bardzo prosta.
W Mołdawii mieszka 6OO.OOO Ukraińców i około 4OO.OOO Rosjan. Jeżeli
więc uda się Moskwie kontrolować sytuację w Mołdawii, poprzez skłóce-
nie Ukraińców z Rumunami, to będą mogli rozpocząć pierestrojkę w
Rumunii. Dlatego, jeżeli Rumuni chcą wolności, musieliby uniemożliwić
skłócenie ich z Ukraińcami, doprowadzić do porozumienia z nimi.
Oczywiście do żadnego porozumienia nie dojdzie, bo jedni i drudzy są
nacjonalistami, nie sądzę więc, aby to się udało. Załóżmy jednak, że
się uda. Wtedy KGB będzie musiało wymyślić inny sposób kontroli nad
tymi wszystkimi wydarzeniami.

Ale czy rzeczywiście pierestrojka w Rumunii jest potrzebna ? Myślę,
że nie. Przynajmniej na razie, ponieważ KGB musi mieć wzorcowych złych
komunistów. Chcecie, żeby było tak źle jak w Rumunii ? Jeżeli nie, to
musicie nas popierać. Co jednak będzie dalej ? Ceausescu umiera
i dochodzi do niekontrolowanego wybuchu, bo centralna władza słabnie i
w związku z tym antykomuniści mogą przejąć kierownictwo. Jest to
oczywiście nie do zaakceptowania dla Kremla. W takiej sytuacji Kreml
będzie musiał rozpocząć ów zaaranżowany wybuch społeczny, jaki obecnie
ma miejsce w Czechosłowacji czy NRD, na czele którego staną umiar-
kowani, dokładnie tak, jak w tych krajach.

Taką samą aranżację można przeprowadzić w Rumunii. Oczywiście role
złych komunistów mogą grać również Chińczycy i Albańczycy. Poza tym,
wymaga to już stworzenia systemu partii złych komunistów, które są
dopiero w trakcie budowy.

Myślę więc,że jest szansa na to, by pierestrojka doszła do Rumunii,
ale w wypadku, gdyby groził proces spontaniczny, który mógłby zaowoco-
wać przejęciem przez antykomunistów kontroli nad wydarzeniami. Wtedy
dojdzie do manifestacji, okrągłego stołu, zmiany władzy itd. Partne-
rami okrągłego stołu będą oczywiście dawni komuniści, którzy jeszcze
w ubiegłym roku wysyłali do Gorbaczowa prośby, aby interweniował w Ru-
munii, a także intelektualiści, którzy odegrają taką samą rolę jak
ich koledzy w Polsce, tzn. będą uwierzytelniali prawdziwy ośrodek wła-
dzy komunistycznej. Rzecz jasna pod hasłem, że ten prawdziwy ośrodek
będzie się zmieniał, przybierał formę socjaldemokracji itd. Myślę
jednak, że Rumuni będą musieli, niestety, jeszcze trochę pocierpieć .

EK: Cała ta zmiana strategii jest jednak dla nas korzystna ?

JD: Tak, oczywiście. Dlatego byłoby głupotą, abyśmy tej sytuacji nie
wykorzystali. Oczywiście tam, gdzie jest sytuacja taka jak w
Rumunii, żadnej opozycji być nie może, bo wszyscy wędrują do piachu
lub do lagru. Opozycja pojawić się może dopiero wtedy, kiedy komuniści
wybierają - ze względu na cele imperialne albo ze względu na to, że w
danym kraju grozi wybuch niekontrolowany - strategię liberalizacji.
Wtedy zaczynają kontrolować sytuację za pośrednictwem ludzi o czystych
rękach, którzy nawiązują z nimi współpracę i ich uwierzytelniają. Ale
równocześnie jest to okres, który daje nam szansę i trzeba stworzyć
alternatywę dla tych ludzi o czystych rękach, tak aby trochę się
zastanowili i aby mieli na karku naszą taktykę.

Uważam więc, że każda decyzja rządu premiera Mazowieckiego (a właś-
ciwie rządu Kiszczaka, którego premierem jest Mazowiecki) powinna być
przez nas kwestionowana. Nie chodzi o to, by mówić, że to są zdrajcy,
czy coś takiego, nie ! Ale każda decyzja musi być uzasadniona: dlacze-
go jest taka a nie inna, w jakim stopniu jest wynikiem kompromisu
z komunistami, o ile gra na korzyść komunistów i co my proponujemy.
Np., kiedy nowa nomenklatura chce nam przedłużyć system reglamentacji
papieru, ponieważ chce zachować swoją i komunistów uprzywilejowaną
pozycję wobec nas, trzeba zorganizować kampanię przeciwko reglamenta-
cji.

Co wygrywamy dzięki takiej kampanii ? Albo się nowa nomenklatura
jawnie opowie po stronie komunistów, albo po naszej, znosząc reglamen-
tację. Zniesienie reglamentacji nie oznacza, że przestaną być bardziej
uprzywilejowani niż my. Będą w dalszym ciągu, bo w sytuacji wolnego
rynku papier może kupć ten, kto ma więcej pieniądzy. Więcej pieniędzy
będą mieli rzecz jasna komuniści i nowa nomenklatura - przede
wszystkim od Zachodu. Wtedy trzeba zrobić kampanię i pokazać, dlaczego
ich sytuacja jest uprzywilejowana, ukazując źródła ich finansowania, a
brak finansowania naszej strony. Czyli trzeba spychać ich za każdym
razem albo na naszą stronę, albo na stronę komunistów. Trzeba albo
uniemożliwić im zachowanie czystych rąk, jeżeli chcą pozostać po stro-
nie komunistów, albo uniemożliwić uwierzytelnienie komunistów, jeżeli
chcą zachować czyste ręce.

EK: Na tym polegałaby rola niezależnych organizacji, takich jak nasze,
aby trzymać rękę na pulsie i reagować natychmiast na wszystkie
posunięcia rządu ?

JD: W istocie rząd Mazowieckiego został powołany przez Moskwę ("miano-
wanie" przez Wałęsę zaliczam do cyrku Kiszczaka) w ramach tej
strategii (chodzi o zapewnienie kontroli w sytuacji, gdy strategia
podporządkowania Europy wymaga liberalizacji w Polsce, mogącej pociąg-
nąć za sobą zagrożenie władzy sowieckiej w ogóle). Na poziomie wew-
nętrznym, krajowym, ma on zapewnić nomenklaturze komunistycznej
miękkie lądowanie w nowym systemie pasożytowania na społeczeństwie.
Mazowiecki będzie mógł robić wszystko wszędzie tam, gdzie nie będzie
naruszał interesów nomenklatury. To jest zasadnicza treść Magdalenki i
naszym działaniem musimy zmusić rząd, by przyznał się do tego ofic-
jalnie. Nie uważam, że wszystko pozostanie po staremu, nawet Wspólnota
Węgla zostanie z czasem rozwiązana, ale dopiero po zapewnieniu nomen-
klaturze przejścia do nowych form pasożytowania na państwie. Dlatego
nie będzie to prawdziwy kapitalizm, a społeczeństwo poprzez wysokie
ceny będzie opłacało nomenklaturę. Rząd Mazowieckiego był potrzebny po
prostu po to, aby ją osłaniać. Dobudowano już nawet do tego filozofię.
Właśnie usłyszałem w RWE wypowiedź działacza Krakowskiego Towarzystwa
Gospodarczego, który nie widzi nic złego w tym, że przedsiębiorstwa
nomenklaturowe będą miały uprzywilejowaną pozycję. Właśnie o to
chodzi. Dlatego bój o reprywatyzację (prawdziwą), o zniszczenie mate-
rialnych podstaw bytu nomenklatury komunistycznej, będzie jednocześnie
najcięższym bojem z rządem Mazowieckiego.

EK: Uważasz zatem, że organizacje pozostające "poza układem" powinny
przede wszystkim podjąć ofensywę przeciwko nowej nomenklaturze ?

JD: Jest to zadanie dla wszystkich organizacji, które stawiają sobie
za cel obalenie komunizmu i wywalczenie Polski niepodległej, a nie
Polski, która dobrowolnie będzie wypełniała rolę, przydzieloną jej w
Moskwie. Prawicowi i lewicowi ugodowcy wyobrażają sobie, zgodnie
zresztą z definicją marksistowską, iż wolność jest to uświadomiona
konieczność; wystarczy by Polacy uświadomili sobie, iż koniecznym jest
służenie Sowietom, a natychmiast powinni poczuć się wolni. Ja w żadne
konieczności nie wierzę, a jeśli już jakieś konieczności geopolityczne
widzę, to akurat nie te, które nam zaleca premier Mazowiecki. Ostatnio
bowiem usłyszałem w nieocenionej czerwonej radiostacji z Monachium, że
celem Polski ma być, wedle pana premiera, zacieśnianie więzów ze
Związkiem Radzieckim. Należałoby zatem wnioskować, iż według pana pre-
miera, w czasach patrioty Jaruzelskiego więzy z Sowietami tak się
rozluźniły, że aż musiał przyjść on, niekomunistyczny premier, by po-
nownie je zacieśniać. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby zabrakło
Mazowieckiego.

Wróćmy jednak do naszych organizacji. Uważam, iż są one, niestety,
niezdolne do poprowadzenia wspomnianej ofensywy. Nowa nomenklatura,
gdy występuje w obronie swoich interesów, jest zjednoczona, natomiast
organizacje niepodległościowe są wyjątkowo rozbite i rozrywane kon-
fliktami personalnymi. Mam wrażenie, że wiele osób uważa, iż panowanie
na ruinach jest o wiele przyjemniejsze, niż dzielenie wpływów z kim-
kolwiek innym.

EK: Gdzie, Twoim zdaniem, znajduje się rzeczywisty ośrodek władzy
w Polsce ?

JD: Sądzę, że w Polsce istnieją zasadniczo dwa ośrodki władzy: komu-
niści i Kościół Katolicki. Od czasów Gierka można obserwować za-
cieśnianie sojuszu obu sił. W okresie stanu wojennego ukształtowała
się dwuwładza lokalnego sekretarza kompartii i miejscowego biskupa.
Gdy komuniści chcieli coś załatwić, sekretarz udawał się do biskupa
i razem podejmowali decyzję. Obecna sytuacja jest bezpośrednim rezul-
tatem tego procesu. Bardzo możliwe, że właśnie doświadczenie polskie
przekona komunistów do szerszego wykorzystania tego modelu poza naszym
krajem: w Czechosłowacji i na Wschodzie. Okazało się bowiem, że res-
pektowanie niezależności i władzy Kościoła nie musi prowadzić do oba-
lenia komunizmu, a wprost przeciwnie, czyni z tej instytucji gwaranta
lojalności po stronie opozycji i potężnego sojusznika w utrzymywaniu
pokoju. Tak więc obie strony - komuniści i Kościół są żywotnie za-
interesowane w dzieleniu się władzą.

Oczywiście komunizm, jako doktryna totalitarna, początkowo nie mógł
tolerować Kościoła, ale obecnie sojusz z nim stał się jednym
z warunków przetrwaniam ustroju - stąd zmiana taktyki. Sam Kościół też
przeszedł ewolucję, już nie chce dostrzegać w komunistach diabła
i dobrze wie, co robi. Przecież nigdy Kościół nie będzie tak potężny,
jak w sytuacji, gdy komunizm, choć słaby, istnieje nadal. Wolna Polska
oznaczałaby nieuchronnie laicyzację i stopniową likwidację potęgi po-
litycznej oraz ekonomicznej Kościoła. Jest on w sytuacji nędzy jednym
z rozdawców dóbr (obok partii i nowej nomenklatury), a więc jego
władza jest ogromna. Mam tu na myśli nie tylko działalność chary-
tatywną, akcję paczkową itp., ale także rolę Kościoła jako dawcy (np.
stypendia) i pracodawcy, który zapewnił byt znacznej grupie inteli-
gencji, np. poprzez rozwój sieci pism. Założę się, że większość z nich
jest deficytowa. W normalnych warunkach tego typu działalność miałaby
o wiele mniejszy zasięg, a więc również liczba ludzi żyjących
z Kościoła byłaby mniejsza, a tym samym mniejsza byłaby jego władza.

Zaznaczam, że gdy mówię - Kościół, mam na myśli wyłącznie hierar-
chię, instytucję władzy, a nie ducha.

Paradoksalnie więc, zniknięcie komunizmu nie leży w interesie
Kościoła. Po drugie, Kościół w Polsce stanowi część Kościoła powszech-
nego, spełnia więc również swoją rolę w polityce Watykanu, a ta prze-
biegała zawsze (i tu się nic nie zmieniło) pod hasłem katolizacji
Wschodu. Nadzieja na wprowadzenie katolicyzmu w Rosji prowadzi
w pierwszym momencie do zwarcia z Sowietami, ale zaraz potem do
sojuszu, skoro to od ich zgody zależy swoboda działania na tamtym
terenie. Walka toczy się o kompromis z komunistami, a nie o pozbycie
się ich.

Efektem niepożądanym dla komunistów może być nasilanie się tenden-
cji narodowych, ale te można równoważyć poprzez komunizm narodowy,
dopuszczenie cerkwi autokefalicznych itp., wreszcie można stabilizować
całą sytuację dzięki Kościołowi. Liczy się globalny rachunek strat
i zysków. Obecnie już nie chodzi o całkowite zlikwidowanie prze-
ciwnika, lecz o kontrolowanie zjawisk dla komunizmu niekorzystnych
i marginalizowanie ich do takiego stopnia, by nie zagrażały samemu
istnieniu tego systemu. Jest to niewątpliwie objaw jego schyłku, ale
może on trwać jeszcze bardzo długo i co najgorsze, może czerpać siłę
do ekspansji ze swych słabości.

EK: W odczuciu wielu osób część opozycji przedsierpniowej, a także
część władz NSZZ "Solidarność", dokonała swoistej wolty ideowej,
wchodząc we współpracę z komunistami. Gdzie upatrujesz korzeni takiej
postawy ?

JD: W 198O roku Politbiuro wysłało do Stoczni Gdańskiej delegację
osób, zwanych później doradcami, z zadaniem pacyfikacji nastrojów.
Oficjalnie zespół Geremka i Mazowieckiego jechał, by w imieniu inte-
lektualistów wyrazić poparcie dla strajkujących, w rzeczywistości jed-
nak przetransportowała ich w trybie ekspresowym bezpieka, by zmusili
robotników do przyjęcia warunków Gierka. W ten sposób komuniści osią-
gnęliby dwa sukcesy: rozładowaliby kryzys, zmieniając ekipę a jedno-
cześnie koszty operacji nie przekroczyłyby granic bezpieczeństwa dla
systemu. Jak wiemy, plany te powiodły się tylko częściowo, gdyż eks-
perci zmusili robotników do przyjęcia tzw. "kierownicy", co w tamtych
czasach miało ogromne znaczenie, gdyż sami komuniści jeszcze udawali,
że traktują ideologię na serio.

Dziś godzą się na usuwanie wszędzie tego zapisu, ponieważ nie od-
grywa on już żadnej roli (poza samymi Sowietami minus Nadbałtyka) przy
zmienionym stanie świadomości społecznej, a jest szkodliwy w sytuacji,
gdy powszechnie stosuje się taktykę przebierania się w szaty socjal-
demokracji.

Tu mała dygresja. Komuniści w krajach satelickich i Nadbałtyce,
chcąc grać rolę socjaldemokratów, humanistów itd, muszą z zapisu
o kierowniczej roli partii (nie z rzeczywistego kierownictwa)
zrezygnować, ale wszędzie przedstawiają to jako ogromny sukces opo-
zycji i dowód na własną przemianę. Proszę zwrócić uwagę, jak w tej
grze pomaga komunistom inteligencja i zachodnie massmedia.

Ale wróćmy do naszych doradców. Wyrzuceni za drzwi, nie zdołali
przeszkodzić utworzeniu "Solidarności", tak więc koszty zarządzania
kryzysem po raz pierwszy w Polsce przekroczyły granice bezpieczeństwa
systemu. Doradcy otrzymali więc zadanie opanowania nowej struktury, by
ją obłaskawić, ale było to niemożliwe ze względu na jej demokratyczny
charakter. Dzisiaj co rusz dowiadujemy się,że policja prowadziła tajne
rozmowy z różnymi ludźmi w Związku, np. Waszkiewicz pisze o jakichś
rokowaniach tuż przed 13 grudnia. Ale wszystkie były skazane na niepo-
wodzenie, gdyż kontrakt taki natychmiast wywołałby w Związku bunt,
skierowany przeciwko partnerom komunistów.

Dlatego stan wojenny był dla władzy koniecznością. Operacja powiod-
ła się zresztą całkowicie, czego dowodzi fakt, że opozycja w innych
krajach satelickich,mimo iż uczestniczy w grze reżyserowanej przez KGB
w skali obozu, wysuwa radykalniejsze (przez KGB nie przewidziane)
żądania, niż autentyczna opozycja polska (ta ugodowa). Gdyby KGB mogło
przeprowadzić pozostałe kraje przez stan wojenny i później powtórzyć
operację odwilży, miałoby gwarancję sukcesu, ale na szczęście jest
już, ze względu na sytuację w Europie, za późno. Dlatego mam nadzie-
ję, że środkowoeuropejski teatr przerodzi się w ruch żywiołowy. Liczę
przynajmnej na to, że ani komunistom, ani inteligencji sowieckiej nie
uda się zahamować zmian. Myślę, że w samej Rosji będą próby wprowa-
dzenia lokalnych stanów wojennych, gdyż wtórne efekty przebudowy (np.
strajki workuckie), zaczynają być niebezpieczne dla systemu Dlatego
można się spodziewać zaostrzania przez KGB walk narodowych, by można
było dokonywać represji "w interesie" ludności i przy błogosławień-
stwie Zachodu.

Zniszczenie "Solidarności" w stanie wojennym było więc koniecznoś-
cią dla komunistów, jeżeli chcieli zawrzeć kompromis z ugodowcami.
Leżało to również w interesie drugiej strony kontraktu, gdyż tylko
likwidacja radykalnej opozycji i demokracji w Związku umożliwiała ugo-
dowcom wejście w sojusz z komunistami. Nieprzypadkowo minister Ku-
czyński modlił się w stanie wojennym o zwycięstwo komunistów, byle
bezkrwawe. I rzeczywiście cenna krew pana Kuczyńskiego nie polała się.

Po zniszczeniu Związku władza mogła powierzyć wyselekcjonowanej
grupie jego odbudowę w formie, której komuniści potrzebują - tj. orga-
nizacji słabej, niegroźnej, a jednocześnie zapewniającej, przynajmniej
dotychczas, rozbrajanie oporu załóg. Głównym zadanie neo-Solidarności
jest po prostu pacyfikacja nastrojów społecznych. Jej znaczenie będzie
malało, aż do poziomu wegetacji.

Natomiast rolę pasa transmisyjnego nomenklatury i czynnika uwierzy-
telniającego władzę komunistyczną (już w nowym przebraniu socjalde-
mokratów) będzie, jak sądzę, odgrywała raczej inteligencja, skupiona
w ruchu komitetów obywatelskich. Przejawia się w tym charakterystyczny
brak zaufania komunistów do robotników. Faktycznie, z nimi nigdy nie
wiadomo, co zrobią, a na intelektualistów partia zawsze może liczyć,
o ile ich tylko wystarczająco dopieszcza.

Trudno w tej chwili przewidzieć, czy komitety obywatelskie przeksz-
tałcą się w partię, czy poprzestaną na formule ruchu, ale myślę, że
wyznaczono im rolę głównego sojusznika komuny. Z czego prosty wniosek,
że powinniśmy starać się te komitety zdyferencjować, zmusić ich człon-
ków do opowiedzenia się za lub przeciw komunistom. Można tego dokonać
stawiając członków komitetów wobec konieczności podejmowania decyzji w
rozmaitych konfliktowych sprawach. Byłaby to ta sama taktyka, jak wo-
bec drużyny Wałęsy, tylko stosowana lokalnie.

Powróćmy jednak do układów między obozem ugody i Kościołem z jednej
strony, a komunistami z drugiej, gdyż tylko jasne uświadomienie sobie
sprzeczności między częściami składowymi tego sojuszu może dopomóc
wybrać właściwą strategię walki z nim.

Zastanawia mnie przyczyna czasowego sojuszu Kościoła z lewicą laic-
ką, choć może należałoby użyć terminu "inteligencja sowiecka", gdyż
jest to warstwa społeczna o wiele szersza od grupy kierowniczej,
skupionej wokół Michnika i Geremka.

Wydaje mi się, że Kościół wchodząc w sojusz z komunistami nie dys-
ponował jeszcze własną "reprezentacją polityczną", czyli wystarczająco
silnym ruchem politycznym, który mógłby przejąć rolę bezpośredniego
współpracownika komunistów. Z drugiej strony, dla grupy Michnik -
Kuroń - Geremek, sojusz z Kościołem otwierał drogę do sojuszu z par-
tią. Bez Kościoła grupa ta była za słaba, by móc grać rolę pożądanego
współpracownika systemu.

Symbolem tego sojuszu była podróż Michnika i biskupa Orszulika do
Paryża; trzeba było widzieć jak pan Adam skakał przed księdzem niczym
przed politrukiem. Było to dość śmieszne, gdyż pamiątam telewizyjne
wypowiedzi ks. Orszulika z lat KOR-owskich, kiedy to określał Kuronia
i Michnika jako trockistów, co w ówczesnej terminologii oznaczało po
prostu Żydów. A teraz miłość w Paryżu. Ale czego się nie robi dla
polityki. "Paryż wart jest mszy" - jak powiedział Henryk IV z Nawarry,
przechodząc na katolicyzm, by zostać królem Francji.

Był to oczywiście sojusz czasowy, którego rozpad obserwujemy obec-
nie. Kościół, a konkretnie grupa prymasa Glempa, postawiła na endecję.
Na razie jest to endecja umiarkowana, ale myślę, że jej ewolucja w
znanym kierunku będzie nieuchronna. Pomijam teraz cyrkową rywalizację
między poszczególnymi środowiskami o względy prymasa. Ogromna grupa
związana z Kościołem nie ogranicza się oczywiście do endeków; znajdują
się tam lewicowi katolicy, jak premier Mazowiecki, ale także skrajni
endecy, ze wszystkimi stadiami pośrenimi. Są tam ludzie związani
zarówno z hierarchią kościelną, jak też z pewnym systemem wartości.
Obóz kościelny jest w fazie kształtowania się, ale obawiam się, iż
endecja weźmie górę. Chyba, że prymas przejdzie na emeryturę, czego
niestety nie można się spodziewać. Jasne jest, że Kościół będzie fawo-
ryzował swoich ludzi, a ponieważ ma rzeczywistą władzę, losy Familii
są przesądzone.

Familia to doskonale rozumie i stara się udowodnić komunistom swą
przydatność. Stąd miłość Michnika do Gorbaczowa i pomysły tworzenia
wspólnego frontu z rzekomymi reformatorami w kompartii. Rzecz jasna,
komuniści to wykorzystają i to na kilka spsobów; od szantażowania
strony kościelnej (Michnik daje więcej), przez rozbudowę własnej bazy
społecznej (utworzenie partii socjaldemokratycznej z sowiecką inteli-
gencją prowadzoną przez Familię), aż do sterowania kryzysem, metodą
zrzucania odpowiedzialności na Familię. Moim zdaniem odegra ona rolę
kozła ofiarnego w przygotowywanej kampanii antysemickiej.

Chciałbym podkreślić, że nie żałuję tych ludzi, gdyż sami sobie
przygotowują swój los, wykazując wyjątkową pogardę dla społeczeństwa,
ale chodzi mi o sprawę polską, która ucierpi najbardziej. Będzie to
powtórzenie, w zmienionych warunkach, operacji Kielce 1946. Społe-
czeństwo (obawiam się, że przy udziale Kościoła) zostanie wymanew-
rowane - wskaże się na Źydów, jako na winnych niepowodzenia reform.
Jednocześnie w oczach Zachodu ostatecznie zdyskredytuje się Polaków
jako antysemitów, dzikusów i ciemnogród nie zasługujący na demokrację,
dla ktorego nawet komunizm "oświecony" to zbyt wiele. Opinia publicz-
na w Europie będzie przekonana, że jesteśmy jak ci bojarzy, którym
Piotr Wielki kazał golić brody pod groźbą knuta. Rozwiąże to ręce
komunistom i rozgrzeszy Zachód. Tak więc wzmocnione wyjdą tylko
wspomniane na początku dwa ośrodki władzy: komuniści i Kościół. Rzecz
jasna, że przedstawiony przeze mnie scenariusz jest tylko pewną możli-
wością, o stopniu jego realizacji zdecydują okoliczności, w tym momen-
cie nieprzewidywalne. Nakreśliłem tylko kierunek, w którym, moim
zdaniem, zmierza rozwój sytuacji politycznej w Polsce.

Uważam, że nie powinniśmy się mieszać w walki w obozie sojuszników
komunistycznych. Władze oferują nam bowiem w istocie fikcję życia
politycznego, ZASTĘPCZE konflikty polityczne, w które chcą wciągnąć
społeczeństwo i przez to zacieśnić i w końcu zlikwidować konflikt
podstawowy - między społeczeństwem a komunizmem. Powinniśmy stanąć w
opozycji do koncesjonowanego systemu parlamentarnego i ukazywać jego
akcyjność. Ale jednocześnie korzystać z każdej okazji wzmocnienia
własnej pozycji, jeśli taka się nadarzy. Dlatego rozmaite bojkoty
muszą być uzależnione wyłącznie od szans taktycznego zwycięstwa.

Gdybyśmy się zaangażowali w walkę koncesjonowanej prawicy z konces-
jonowaną lewicą, wzięlibyśmy po prostu udział w przedstawieniu, które
nam zaoferowano, by skanalizować niezadowolenie i aktwność polityczną
społeczeństwa. Należy wypowiadać się tylko w sprawie konkretnych posu-
nięć, bywa bowiem tak, że koncesjonowani z różnych grup mają rację
w rozmaitych sprawach. Wystarczy przypomnieć wypowiedź prof. Jędrasz-
czyka z Unii Polityki Realnej w sprawie chronienia pezez premiera
Mazowieckiego węglowej nomenklatury.

EK: Twoja wersja jest bardzo czarna, ale gdyby społeczeństwo wiedzia-
ło, co się rzeczywiście dzieje, kto jaką rolę odgrywa itp., czy
uważasz, że udawałoby się w jakiś sposób zapobiec takiemu rozwojowi
wypadków, katastrofie ?

JD: Nie wiem czy to będzie katastrofa. Rzecz w tym, iż w tej nowej
sytuacji pewne grupy społeczne uzyskają znaczne korzyści i dlatego
obawiam się, że sytuacja będzie stabilna, dopóki komuniści nie zapro-
wadzą pax sovietica.

EK: Ale jeśli większość społeczeństwa jest w nędzy całkowitej i będzie
zdana, tak jak to przedstawiłeś, na jakieś żebracze paczki, to
jest to sytuacja tragiczna.

JD: Tak, ale może ona być jednocześnie stabilna, ponieważ istnieje
niebezpieczeństwo, że owa większość się do swego położenia
zaadaptuje i popadnie w apatię. Byłoby to nawet korzystne dla starej
i nowej nomenklatury, gdyż ułatwiłoby funkcjonowanie koncesjonowanego
systemu parlamentarnego, tak potrzebnego ze względu na wymogi stra-
tegii globalnej, tj. wejścia komunistów do Europy i podporządkowania
jej sobie. Koncesjonowany parlamentaryzm został zafundowany na potrze-
by nowej nomenklatury i w ogóle inteligencji, a więc bierność społe-
czeństwa jest warunkiem jego niezakłóconego funkcjonowania. Jak
wiadomo zaś, ludzie głodni się nie buntują, może więc w niszczeniu
społeczeństwa jest metoda i długofalowa strategia.

Gdyby poglądy, które tu głoszę, miały możliwości - powiedzmy tylko
w połowie - takiego rozpowszechniania jak wieści o "dobrym Gorbaczo-
wie", to komuniści i ich sojusznicy mieliby bardzo utrudnione zadanie.
Pozostaje jednak problem, czy społeczeństwo aprobowałoby opinie, któ-
rych przyjęcie zakłada upadek wiary w wiele autorytetów, różnych mężów
opatrznościowych itd. Obawiam się, że w wyniku sowietyzacji większość
jest do podstawy samodzielnej po prostu niezdolna i chciałaby koniecz-
nie widzieć kogoś, kto ma rację we wszystkim, wszytko załatwi (Wałęsa,
Mazowiecki, Geremek czy np. Kościół), a to się zawsze źle kończy.
A jeśli do tego jeszcze weźmiemy pod uwagę polskie frustracje i kom-
pleksy narodowe, to obawiam się, że istnienie "polskich świętości",
choćby kolaborowały z komunistami, jest wprost wymuszone przez potrze-
by psychiczne Polaków. Wystarczy popatrzeć jak fetowany był w Polsce
Jan Nowak - Jeziorański największy obok Z. Brzezińskiego, wróg sprawy
polskiej w USA. Rozumiem zachwyt intelektualistów i polityków
konstruktywnych (dostrzeże, załatwi stypendium lub dotację w NED), ale
proszę zauważyć, że jego wywiad w "Gazecie Wyborczej" nie wywołał naj-
mniejszego oburzenia. W normalnym społeczeństwie polskim, tj. przed-
wojennym, jeszcze nie samozniewolonym, twierdzenie Nowaka, jakoby
Polska mogła być tylko krajem zależnym od Niemców lub Sowietów,
w której to sytuacji on zaleca zależność od Sowietów, wywołałoby falę
niesłychanego oburzenia. A tu tymczasem cisza. Może Polacy wolności
już nie potrzebują? W każdym razie elity tą sprawą się nie interesują,
więc co ich obchodzi gra komunistów.

EK: Gdyby jednak można było przeciwstawić się monopolowi informacyjne-
mu starej i nowej nomenklatury, tej laickiej i kościelnej, czy to
nie wpłynęłoby na zmianę postawy społeczeństwa ?

JD: Może udałoby się wtedy podważyć komunistyczny scenariusz i spra-
wić, że uboczne efekty globalnej strategii Sowietów mogłyby
przekreślić ich sukcesy, osiągnięte właśnie dzięki tej strategii
i spowodować upadek komunizmu. Obawiam się jednak, że nikt nie jest
tym zainteresowany. Komuniści znajdują bowiem zawsze sojuszników na
każdym z etapów swej polityki. Zachód popiera Gorbaczowa, inteligencja
marzy tylko, żeby się wreszcie jakoś ustawić w systemie, ludzie młodzi
chcą się wyrwać za wszelką cenę i nie dziwię się im (sam się przecież
wyrwałem), energiczniejsi usiłują otwierać firmy, a więc każdy łączy
swe nadzieje raczej z przystosowaniem niż zmianą.

Chciałbym też podkreślić, że mimo iż obóz konstruktywny jest tak
zróżnicowany i skacze sobie do gardeł w walce o rolę głównego so-
jusznika komunizmu, gdy chodzi o obronę własnych interesów, potrafi
występować solidarnie. Wystarczy przypomnieć drużynowe wybory. Obóz
anykomunistyczny wydaje mi się natomiast organicznie niezdolny do
współpracy i to przede wszystkim ze względu na konflikty personalne
oraz dążenie do wzmacniania się kosztem potencjalnych organizacji
sojuszniczych. Za dużo jest też organizacji, które różnią się tylko
osobami przywódców.

EK: Były już propozycje stworzenia silnego frontu.

JD: Między naszymi organizacjami jedyną rożnicą jest solidaryzm; wys-
tarczyłoby, że z niego zrezygnujecie i wstępujemy do Was. I tak
się roztopimy.

Istnieje wiele organizacji, których samodzielne istnienie nie ma
żadnego sensu poza dobrym samopoczuciem grupy przywódczej. Chodzi mi
o rozpraszanie sił na partykularne akcje. Obóz antykomunistyczny nie
ma sił, środków i mocy intelektualnych, by każde jego ugrupowanie wy-
dawało jedno wielkonakładowe pismo. Dlatego wystarczyłoby jedno dla
wszystkich, ale za to o takim poziomie, by móc przeciwstawić się "Ga-
zecie Wyborczej" i "Tygodnikowi Solidarność". Gdyby spróbować przeksz-
tałcić fałszywy, POZOROWANY pluralizm w prawdziwy, wówczas zobaczy-
libyśmy, co uczyniliby komuniści i ich sojusznicy. Gdyby przedmiotem
sporu nie była obsada stołka przez Geremka, Mazowieckiego, czy Wałęsę,
ale sam stołek. Czy antykomuniści są w stanie stworzyć takie pismo ?
Moim zdaniem nie, więc nie mają prawa się skarżyć. Chodzi mi bardziej
o wspólne akcje niż o formalny front, który by służył jedynie jako
zaplecze dla swego przewodniczącego.

Przypominam, że rok temu zaproponowałem wydawanie w języku angiels-
kim biuletynu informacyjnego grupy niepodległościowej. I oczywiście
nic z tego nie wyszło.

EK: Próbą stworzenia jakiejś wspólnej przeciwwagi dla konstruktywnych
jest Porozumienie Ponad Podziałami. Co o nim myślisz ?

JD: Sam pomysł uważam za doskonały. Jest to bowiem próba przezwycięże-
nia monopolu nowej nomenklatury. Złożyłem swój podpis pod dekla-
racją PPP również dlatego, by wykazać się pozytywnym stosunkiem i
udowodnić w ten sposób, że nie jestem awanturnikiem, który tylko
niszczy, co mi niektórzy zarzucają. Co do losów Porozumienia jestem
jednak sceptyczny, ponieważ łączy ono ludzi o zbyt przeciwstawnych
poglądach, co będzie raczej paraliżować jego działalność. Obawiam się,
że całe PPP skończy się na niczym i ostatecznie lojalność pozagrupowa
będzie przeważała nad lojalnością wewnątrz grupy. Ale trzeba spró-
bować, może się mylę i wszystko się powiedzie. Może ludzie, którzy
jeździli do USA w czasach wojny Jaruzelskiego z narodem, by prosić o
pożyczki dla tego wybitnego patrioty, znajdą wspólny język np. z
członkami SW, itp. Szerzej jednak wolałbym się nie wypowiadać, gdyż
potem znów wyjdzie na to, że ja wszystko zniszczyłem. Zresztą wybitny
działacz PPP zwracał się już do mnie z prośbą, bym raczej milczał lub
zaprzeczał, gdyż obawia się, że (cytuję) tacy wariaci jak ty (tzn.
ja), szalejący na obrzeżach, mogą wszystko zniszczyć, więc gryzę się
w język.

Intelektualiści polscy tak dobrze się mają na służbie u komunistów,
zwłaszcza teraz, gdy dzięki współpracy z czerwonymi mogą doić Zachód,
że w większości opowiadają się po tamtej stronie. Siła nowej nomenkla-
tury polega na tym, że na hasło pana Geremka staje cała horda rozmai-
tych profesorów, twórców i działaczy kultury, gotowych pełnić rolę
tuby wspomnianego profesora. W rezultacie dla ludzi z zewnątrz nie
istniejemy, nie reprezentujemy żadnej siły, gdyż nie mamy odpowiedniej
ilości profesorów. Nikt zaś nie bierze pod uwagę, że profesury za-
twierdzała Rada Państwa, brano więc pod uwagę kryterium politycznej
spolegliwości wobec komunizmu. Nieprzypadkowo pan Geremek został pro-
fesorem dopiero po rozmowie z Kiszczakiem, czyli nawet w nowej sytu-
acji politycznej MSW miało w kwestii profesury więcej do powiedzenia
niż instytucje naukowe.

PPP jest, jak rozumiem, próbą zaistnienia ludzi poza "drużyną
Wałęsy z przyległościami" i dlatego popieram tę inicjatywę, mimo jej
ułomności.

EK: Sama inicjatywa jest bardzo ciekawa, ale czy na wzór tego porozu-
mienia osób prywatnych, nie należałoby stworzyć porozumienia na-
szych organizacji ?

JD: Tak, ale nie może to być porozumienie, w skład którego wejdą grupy
kompromitujące całość. Kładłbym też nacisk na to, że choroba ruchu
polega na zakładaniu nowych organizacji zamiast rozbudowy już ist-
niejących.

EK: Są to na ogół organizacje bardzo małe.

JD: I życie spowoduje ich selekcję, ale chodzi o to czy będziemy
w stanie przeciwstawić nowej nomenklaturze ruch w miarę silny, czy
raczej rozproszkowany. Nie chodzi mi o zacieranie różnic naprawdę
istniejących, tylko o niestwarzanie ich tam, gdzie ich nie ma.

W obecnej sytuacji istnieje już pewność, że powstanie fałszywy plu-
ralizm polityczny. Obejmie on rozmaite partie, które będą się różniły
we wszystkich kwestiach oprócz jednej - milczącego uznania władzy
i przywilejów komunistycznej nomenklatury oraz lojalności wobec Sowie-
tów. Będą wybory nazwane wolnymi itp. Na zewnątrz będzie pluralizm,
ale my będziemy z tego wyłączeni i dla komunistów nie powstanie żadne
zagrożenie.

EK: Chciałabym wrócić do problemu rozgłośni zachodnich nadających pro-
gramy w języku polskim. Mowiłeś, że massmedia krajowe i rozgłośnie
polskojęzyczne za granicą zajmują się głównie reklamowaniem nowej
nomenklatury.

JD: Przede wszystkim zajmują się pacyfikowaniem sytuacji w Polsce,
tzn. budowaniem monopolu nowej nomenklatury, gdyż ona gwarantuje,
że będzie spokój.

EK: Czyli jest to w przypadku RWE realizacja planów amerykańskich ?

JD: Przede wszystkim uważam, że RWE jest bezpośrednio sterowana przez
MSW, i akurat tak się składa, że jest to ułatwiane przez aktualną
politykę amerykańską, czy raczej politykę Departamentu Stanu USA, pro-
wadzoną pod hasłem niesienia pomocy Gorbaczowowi. Akcja dezinforma-
cyjna KGB, mająca na celu uzyskanie pomocy Zachodu, zakończyła się
sukcesem i dlatego dyrektywy amerykańskie niewiele odbiegają od życzeń
MSW.

Pracownicy sekcji wygłaszają na antenie takie poglądy, które im
gwarantują zachowanie stanowisk. W praktyce oznacza to nieróbstwo
i dochody większe od pensji radiowców niemieckich. Żyć nie umierać.

Zamierzam napisać podręcznik, który wyjaśniałby, jak zrobić karierę
w RWE, jak interpretować wydarzenia, by otrzymywać nagrody i podwyżki
itd.

EK: SW skarżyła się w Kongresie USA na działalność RWE. Czy adresat
był niewłaściwy ?

JD: Adresat był właściwy, ale sądzę, że należało się zwrócić do posz-
czególnych senatorów, wówczas może któryś z nich uznałby, że może
ten materiał wykorzystać we własnej akcji politycznej. Uważam też, że
zawsze trzeba walczyć o swoje, nawet gdyby nie było żadnych szans na
zwycięstwo. Może dyrektywy amerykańskie uległyby modyfikacji i reali-
zowanie polityki MSW byłoby trudniejsze.

Chciałbym zwrócić uwagę, że już od dawna istnieje koordynacja mię-
dzy akcją dezinformacyjną MSW a polityką RWE, np. korelacja między
wypowiedziami pana Kalabińskiego w Stanach w czasie demonstracji pod
ambasadą PRL i równoczesną reakcją Urbana. Albo reakcja komunistów
w Warszawie, którzy atakowali Najdera jako największego swego wroga,
akurat wtedy, gdy Amerykanie chcieli go usunąć ze stanowiska dyrekto-
ra sekcji polskiej. Była to więc typowa akcja uwierzytelniająca.

Czasem RWE podaje jakieś wiadomości "błagonadiożne", ale tylko po
to by uwierzytelnić resztę programu, który stanowi czystą dezinfor-
mację. Ale nawet w tych wypadkach istnieje specjalna grupa ludzi
dopuszczanych do głosu, tj. istnieją osoby, którym pozwala się mówić
na pewne tematy.

Słuchanie RWE jest o tyle pouczające, że dzięki niej zawsze wiemy
jaka jest obecnie strategia komunistów. Przykładowo pan Najder stwier-
dził, że w interesie Polski leży ściśłe zjednoczenie Europy Zachod-
niej, a nie luźne, jak to proponuje pani Thatcher. Dlaczego ? To pros-
te. W wypadku ścisłego zjednoczenia Europy Sowiety, które dzięki kon-
federacji niemieckiej opanują Niemcy, za ich pośrednictwem będą mogły
chwycić za gardło całą Europę. W koncepcji Thatcher natomiast
opanowanie Niemiec nie gwarantowałoby jednoczesnego podporządkowania
sobie pozostałych krajów Europy. Najder zasłania się interesem Polski
oczywiście, ale ja na to patrzę inaczej.

Ponieważ jednocześnie stały komentator RWE proponuje konstruktywnym
partnerom komunistów walkę o MSZ i massmedia, rozumiem, że nie
tylko chce on zasłużyć na stanowisko ambasadora PRL, ale także, że są
to dwie domeny, które zostaną przez nową nomenklaturę zajęte. Ważne
decyzje i tak będzie podejmował Jaruzelski, a niekomunistyczni part-
nerzy są bardziej efektywni w walce o pomoc gospodarczą i finansową.
Massmedia natomiast, w których monopol będzie miała nowa nomenklatura,
uwolnią komunistów od stosowania cenzury, konstruyktywni sami się o to
postarają, żeby nic, co narusza ich pozycję, a więc sojusz z komunis-
tami, nie ukazywało się. Na cenzurę jest sposób w postaci drugiego
obiegu, ale na konstruktywną prasę sposobu nie ma; to ona sama
wykończy niezależne pisemka skuteczniej niż policja.

Podobnie jest ze słuchaniem wybitnych partnerów komunistycznych czy
to z kręgu emigracyjnego, jak Jan Nowak, czy też z kół OKP, jak pan
Geremek.

Proszę zwrócić uwagę, że J. Nowak rozpoczął akcję straszenia Pola-
ków Niemcami jakoś dziwnie w tym samym momencie, gdy kwestia niemiecka
stała się instrumentem sowieckiego szantażu wobec Polski, a więc
utrzymania jej w zakreślonych przez komunistów granicach przemian. Wy-
powiedzi Nowaka dla "Gazety" przypadły na krótko przed początkiem
odwilży przygotowanej przez KGB dla NRD. Wyobraźmy sobie, że Niemcami
straszyłby nas Wojna - toż wywołałby tylko śmiech.

O co tu chodzi ? Jeśli się jednoczy Niemcy, jeśli liberalizuje się
system w Polsce, to istnieje dla komunistów niebezpieczeństwo, że Po-
lacy pójdą dalej, należy więc trzymać nas czymś w szachu, żebyśmy sami
nie chcieli pójść dalej. Jest to znana technika kontroli. Litwinów
można szachować Polakami, Słowaków Węgrami, Rumunów w Mołdawii
Ukraińcami itd. Należy to do instrumentarium techniki minimalizowania
efektów wtórnych komunistrycznej strategii, która posługuje się
liberalizacją.

Pan Geremek zapewnia Amerykanów: Możecie już dawać, gdyż komunizmu
nie ma. Oznacza to jedynie, że obecna taktyka komunistów polega na
zapewnianiu, że ich władza już nie istnieje. Jako metoda wyciągania
dolarów jest to dość skuteczne i nikt nie zwraca uwagi na fakt, że
takie same głosy rozlegają się jednocześnie od Bałtyku do Adriatyku.
Czyżby był to przypadek ? Warunkiem musi być jednak osoba głosząca
odejście komuny w niebyt - musi to być człowiek uchodzący za przeciw-
nika komunizmu, inaczej akcja byłaby nieskuteczna.

Skoro RWE rozpoczęło kampanię na rzecz poparcia dla dobrych komu-
nistów w postaci Ruchu 8 Lipca, rozumiem, że strategia komunistyczna
zakłada, pod płaszczykiem tego ruchu, przemianowanie kompartii na
partię socjaldemokratyczną z możliwym wchłonięciem np. grupy pana
Lipskiego i zaplecza Familii.

Dlaczego Wałęsa walczy w USA o joint ventures ? To jasne, kredyty
są po to, by utrzymać państwo, na którym stara i nowa nomenklatura
będą żerowały. Ale przemysł wojskowy muszą komuniści zbudować prak-
tycznie od podstaw.

Obserwujmy RWE, enuncjacje Nowaka, Geremka czy Wałęsy, by wiedzieć
jaka jest aktualna strategia komunistycznej władzy.

EK: Jak oceniasz to, co dzieje się w Sowietach i bloku ?

JD: To już materiał na wypowiedź o objętości min. 5O stron. Myślę, że
trzeba odróżniać tę część wydarzeń, która jest wynikiem reżyserii,
od wydarzeń spontanicznych, bowiem nie wszystko jest reżyserowane.
Jest to taka piętrowa budowla; jeśli element spontaniczny przeważy re-
żyserię, to przechodzimy na wyższe piętro, na którym komuniści starają
się opanować sytuację i za pomocą różnych technik ją kontrolować.
I jeśli spontaniczność znów przeważy, to przesuwamy się wyżej, do in-
nych technik kontroli. W pewnym momencie musi to doprowadzić do
całkowitej utraty przez KGB kontroli. Dlatego ważne jest studiowanie
technik kontroli rozwoju sytuacji na każdym z tych etapów.

Przykładowo, komuniści chcieliby, żeby w grupie, która będzie ich
uwierzytelniała, znaleźli się ludzie najbardziej pewni, czyli człon-
kowie partii satelickich. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej
różdżki, partie satelickie buntują się przeciw komunistom: w PRL ZSL
głosuje przeciw Jaruzelskiemu (możliwe, bo ustalono z drużyną Wałęsy,
że będzie głosowała za), w NRD partia liberalna, a później chadecka i
narodowa, atakują SED, w Czechosłowacji szemrają partie: socjalis-
tyczna i ludowa. Rezultatem powinno być wchodzenie tych partii, jako
niekomunistycznych, do nowych komunistycznych rządów. Ale nie wszędzie
to się udaje. ZSL ma konkurentów w innych ugrupowaniach chłopskich.
Inaczej w NRD i Czechosłowacji, gdzie częściowo udaje im się grać rolę
niezależnych.

"Svobodne Słovo", organ koncesjonowanych socjalistów, którzy się
nie uniezależnili nawet w czasie wiosny praskiej (nie było takiej
potrzeby, bo wówczas rolę niezależnych grali sami komuniści) nagle
drukuje opisy manifestacji z pominięciem cenzury. RWE ogłasza, że to
bunt przeciw władzy, a ja myślę, że to porozumienie z władzą, tą rze-
czywistą - w Moskwie przy placu Dzierżyńskiego.

Tego typu operacja w Polsce jest już niemożliwa. Dlatego grupa
uwierzytelniająca musi się składać tutaj z dawnych opozycjonistów,
podczas gdy w innych krajach satelickich rola koncesjonowanych lub jak
w Czechosłowacji, także eurokomunistów z wiosny praskiej, jest
większa.

Powstaje Nowe Forum, coś pośredniego między Michnikiem i ks. Orszu-
likiem, ale ludzie na ulicy żądają wolnych wyborów i rozbijają poste-
runki tajnej policji. Trzeba ich wymanewrować, ale jak ? Rośnie więc
rola umiarkowanej opozycji w całej operacji.

Do manifestacji doszło w sposób sztuczny, tj. były one wyreżysero-
wane, jest to dość prosta technika, zastosowana w Polsce w 1968 roku.
O ile jednak manifestacje i strajki w odpowiedniej atmosferze wywołać
łatwo, o tyle trudno potem utrzymać je pod kontrolą i już od samych
walczących zależy, czy zadowolą się tym, co im komuniści oferują, czy
też pójdą znacznie dalej i wymuszą ustępstwa.

W Sowietach praktycznie nie było żadnej opozycji, ani partii kon-
cesjonowanych. Dlatego powołano fronty ludowe, które jednak się w spo-
rym stopniu uniezależniły, czego KGB nie przewidywało. Ale przyjrzyjmy
się trochę bliżej tej niezależności. Czy fronty występują przeciw ko-
munizmowi ? Nie, ich głównym wrogiem jest zależność od centrum, dlate-
go może dochodzić do sojuszu frontów z lokalnym aparatem partyjnym.
Prawda, że odchudzonym, ale owo odchudzanie jest częścią polityki Gor-
baczowa, nie ma więc charakteru antykomunistycznego.

Atakowanie zależności od centrum w istocie Moskwie nie przeszkadza,
ponieważ będzie zawsze mogła sprawować kontrolę i ciągnąć korzyści
gospodarcze z republik bałtyckich, zmieniając jedynie narzędzia tej
polityki na bardziej wyrafinowane, niż gołe represje. Poprzez odpo-
wiednie ustawienie kursu lita do rubla, można będzie nawet więcej
wyciągnąć z Litwy niż w starych czasach, zwłaszcza, gdy równocześnie
cała Nadbałtyka zamieniona zostanie w pompę ssąco - tłoczącą. Moim
zdaniem strefa ta została przeznaczona do odegrania specjalnej roli w
akcji wspólnego domu europejskiego i dlatego należy wkrótce spodziewać
się ogłoszenia niepodległości tych republik. Będzie to mniej więcej
taka sama niepodległość, jak niezależność Ludowej Republiki Tuwy.

Powstaną rządy republikańskie wyłonione przez fronty i tamtejsi
intelektualiści ogłoszą, podobnie jak w Polsce pani Szczepkowska, że
komunizm upadł.

Na marginesie pragnę zauważyć, że na Litwie członkowie Sajudisu już
się skarżą na jego przekształcanie w organizację podobną do naszej
Familii.

Na Litwie partie antykomunistyczne są najsilniejsze, więc powstaje
problem, czy uda się utworzyć osobny ośrodek oddziaływania na opinię
publiczną, niezależnie od frontu ludowego, który może spełniać tę samą
rolę, co konstruktywni u nas. Nawet bowiem jeśli fronty nie są całko-
wicie kontrolowane przez komunistów, może dojść do sojuszu między nimi
a kompartiami, pozornie niezależnymi od Moskwy, na bazie nacjonalizmu
i komunizmu narodowego.

Same partie w satelitach muszą przemianować się na socjaldemokra-
tyczne, by utworzyć wspólny front z lewicą lokalną i socjaldemokratami
zachodnimi, co jest niezbędnym krokiem na drodze do pokojowego opano-
wania Europy. A ponieważ odpowiednie przygotowania prowadzone są co
najmniej od 1986 roku, więc gdzie tu miejsce na spontaniczność ?

Chciałbym teraz powiedziec, gdzie widzę dowody na to, że cała akcja
jest sterowana. Mniej więcej dwa lata temu zaprzestano represji
w Europie Wschodniej. Stosowano je wprawdzie nadal wobec opozyc-
jonistów bułgarskich, ale były to pieszczoty. Wysyłano tych opozycjo-
nistów na Zachód, aby cały świat mógł o nich usłyszeć. Po to, aby
mogli oni odegrać w przyszłości swoją rolę. W ten sposób pewne osoby
są przygotowywane do odegrania roli ludzi o czystych rękach, do uwie-
rzytelnienia komunizmu.

Scenariusz wygląda mniej więcej tak: brak represji, nie ma strachu,
zaczynają się manifestacje, powstaje atmosfera społeczna dogodna do
ich organizowania. Manifestacje są bardzo nagłaśniane, aby wszyscy o
nich wiedzieli. Czasami, aby były lepiej widoczne, oddziaływały szyb-
ciej i skuteczniej, stosuje się prowokację. Powstaje grupa przywódcza,
z którą partia może zawierać porozumienia.

Fala manifestacji z 1988 roku została zainicjowana przez OPZZ,
czyli przez bezpiekę. Konieczna była debata Wałęsa - Miodowicz, aby
Wałęsa odzyskał mir w społeczeństwie i legendę, bo tylko wtedy mógł
uwierzytelnić porozumienie z władzą.

EK: Wszystko to wygląda dosyć ponuro. Czy wobec tego uważasz, że
komuniści posługują się znakomitymi metodami ?

JD: Są po prostu przewidujący, ale to żadna sztuka przewidzieć. Sukces
takich metod jest oparty na tym, że poszczególnymi etapami tego
sukcesu są zainteresowani inni. Zachód jest zainteresowany tym, żeby
byli dobrzy komuniści, inteligencja - żeby odgrywać rolę partii
zewnętrznej.

EK: Wszystko wskazuje na to, że prowadzi to do sukcesów komunizmu.

JD: Ale i do możliwości poprawienia naszej sytuacji. To, że nie
potrafimy z niej skorzystać, to tylko nasza wina - kto nam zabra-
nia ? Podporządkowanie Europy Zachodniej komunizmowi poprawi sytuację
w Polsce. My skorzystamy na tych dobrach, które z Zachodu będą szły na
Wschód. Na krótką metę, oczywiście, ale skorzystamy.

EK: A co dalej ?

JD: To już zależy od tego, na jakich przeciwników komunizm natrafi.
Nawet życie w komuniźmie może być całkiem przyjemne, nie trzeba
zaraz być członkiem partii komunistycznej. Każda grupa społeczna sama
walczy o swój interes. Jeżeli interesują ją wyłacznie dobra konsump-
cyjne, będzie miała to, na co zasługuje. Na wszystko trzeba sobie
zasłużyć.

EK: Dziękuję za rozmowę.

----------------------------------------------------------------------

Wiesława Kwiatkowska

"EPIZOD Z FEJGINEM OPOWIADAŁBYM WNUKOM, GDYBYM JE MIAŁ"

Jan Nowak Jeziorański napisał "Polskę z oddali", wspomnieniową
książkę o swojej pracy w RWE. Wielu kłamstw i przeinaczeń dopatrzył
się w niej Stefan Wysocki, pracownik RWE w latach 1952-1988, czemu dał
wyraz w broszurze zatytułowanej "Polska z oddali - prawda z bliska".
Jeden rozdział broszury poświęcił Henrykowi Rozpędowskiemu, którego
długoletnią działalność przed podjęciem pracy w Wolnej Europie trudno
nazwać inaczej - pisze - niż jako ponurą i haniebną. Broszurę wydru-
kowała Solidarność Walcząca Oddział Trójmiasto. Wydawców spotkała
ostra krytyka: tekst Wysockiego jest szkodliwy, a SW wskutek tej nie-
przemyślanej publikacji straciła wielu sympatyków - mówiono. I na tym
by chyba stanęło, gdyby w sukurs Wysockiemu nie przyszedł nieoczekiwa-
nie Rozpędowski, adresowanym do niego obszernym "Listem otwartym",
mającym w założeniu udowodnić, że tekst Wysockiego to stek bzdur. Na
dowód przedstawia Rozpędowski swój życiorys, zapewniając że wszystko,
co podaje, udowodnić może zaświadczeniami i zeznaniami świadków. Oto
ten życiorys:

Jako szesnatoletni chłopiec uczestniczył w kampanii wrześniowej,
dostał się wraz z oddziałem do niewoli sowieckiej, z obozu jenieckiego
na przedmieściu Brześcia zbiegł z grupą oficerów i wrócił do rodzin-
nego Tomaszowa Mazowieckiego. Tu wstąpił do ZWZ, następnie do
Narodowej Organizacji Wojskowej i wraz z nią do AK. Maturę zdał na
tajnych kursach i rozpoczął kurs podchorążych.

W roku 1944, po zajęciu przez Armię Czerwoną Stalowej Woli, wstąpił
do ludowego wojska (motyw: że po powrocie z frontu będę miał więcej do
powiedzenia o przyszłości kraju niż trup w lesie).

W październiku 1944 wezwany został do Zarządu Polityczno - Wycho-
wawczego w Lublinie i przesłuchany przez samego Fejgina. Rozpędowski
szczerze wyznał, że był członkiem ZWZ, NOW i AK (a nawet w chaosie i
popłochu myśli, w NSZ). Fejgin pochwalił go za prawdomówność, wysokie
morale i patriotyzm i mianował oficerem polityczno - wychowawczym.
Został zastępcą dowódcy samodzielnego batalionu podległego dowództwu
II Armii, po zakończeniu działań wojennych awansował na zastępcę
dowódcy samodzielnego dywizjonu artylerii, następnie pełnił służbę
w sztabie Dowództwa Okręgu Wojskowego w Poznaniu. Trwało to do 195O r.
(Od roku 1944 do roku 195O byłem oficerem polityczno-wychowawczym
w wojsku).

Od końca 1948 do lutego 195O przesłuchiwany był z wolnej stopy
przez płka Zieleńca (byłem upatrzony na jednego ze świadków oskarże-
nia w przygotowywanym procesie gen. Spychalskiego). Przesłuchanie
zakończyło się, gdy Zieleniec uzyskał od Fejgina telefoniczne potwier-
dzenie tożsamości Rozpędowskiego (Kiedy odłożył słuchawkę był innym
człowiekiem: Na Boga majorze, dlaczegoście mi o tym nie mówili ? Dla-
czegoście milczeli ? - promieniał, klepał mnie po ramieniu). Po dwóch
dniach wezwano go do Belwederu, gdzie wiceminister Obrony Narodowej i
szef Głównego Zarządu Polityczno - Wychowawczego WP, gen Ochab za-
proponował mu objęcie stanowiska komendanta mających się wkrótce
formować batalionów karnej pracy. Lagiernymi robotnikami w kopalniach
węgla na Śląsku i uranu w Sudetach mieli być głównie dawni oficerowie
i żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, którzy wrócili do
kraju i awans na generała. Rozpędowski odmówił, informując, że po
ewentualnym zwolnieniu z wojska chciałby pracować w Polskim Radiu.
Ochab zaakceptował i zapewnił, że w razie potrzeby mogę liczyć na jego
pomoc czy poparcie.

Występuje z wojska 1 marca 195O w randze majora (Zwolniono mnie z
wojska "honorowo", z zachowaniem partyjnej legitymacji) i podejmuje
pracę w Wytwórni Filmów Dokumentalnych, następnie zostaje kierownikiem
literackim Państwowego Teatru w Gnieźnie. Równolegle sprawuje funkcję
sekretarza partyjnej organizacji poznańskiego oddziału ZLP. Przyjęcie
do Związku Literatów nastąpiło na polecenie Zarządu Głównego ZLP.

W latach 1953-54 jest szefem poznańskiej redakcji PAP, 1954-56 kie-
rownikiem artystycznym i reżyserem szczecińskioej Estrady, 1956-57
sekretarzem redakcji tygodnika "Ziemia i Morze" w Szczecinie. W 1957r.
tygodnik zostaje rozwiązany. Rozpędowski traci pracę i wyjeżdża do Iz-
raela. W 196O roku podejmuje pracę w radiu Wolna Europa.

Tak wygląda, pozbawiony ozdobników, życiorys Rozpędowskiego w jego
własnej wersji. To samo, choć nie tak szczegółowo, mówi o nim Wysocki,
skąd więc to święte oburzenie, ten ton człowieka dotkliwie skrzywdzo-
nego: Pana Wysockiego mógłbym nazwać człowiekiem nikczemnym. Nie
nazywam (?).

Rzecz leży w interpretacji. Wysocki uważa, że wykonywanie pracy
politruka wysokiej rangi, w czasie, kiedy kominiści rozprawiali się
krwawo z resztkami niepodległościowego podziemia, było haniebne, Roz-
pędowski zaś nie tylko nie widzi w tym nic zdrożnego ale się tą pracą
wręcz szczyci: Epizod z Fejginem chętnie opowiadałem przyjaciołom.
Opowiadałbym i wnukom - gdybym ich miał - powiada. O straszliwej roli
pełnionej przez dyrektora Departamentu Śledczego dowiedział się do-
piero w 1956 r. i to tylko tyle, że Fejgin trzymał w garści i pos-
trachu Biuro Polityczne i KC partii. Krwawy kat podziemia, który
osobiście torturował ludzi, według Rozpędowskiego ocierał się o wła-
dzę do krwi, ale był porządnym człowiekiem, bo kiedy w czerwcu 1945r.
na wielkiej odprawie w Warszawie pewien pułkownik skarżył się zebranym
na "nędzne morale" nowych rekrutów i określił ich rosyjskim słowem
"barachło"... Fejgin przerwał mu i wygłosił mowę o człowieku i jego
godności. Rozpędowski uczestniczył w tej odprawie, przewodniczył Fej-
gin, był Berman, Ważyk - sama komunistyczna elita.

Na czym więc polega "nikczemność" Wysockiego, skoro podstawowe
fakty się zgadzają ? Na tym, że szerzy głupstwa, twierdząc, że byłem w
Armii Berlinga /.../, niewłaściwe są daty moich awansów, wszystko
groch z kapustą. Nie była to armia Berlinga - tylko Odrodzone Wojsko
Polskie, nie był w nim politrukiem - tylko oficerem polityczno - wy-
chowawczym, nie wyjechał do Izraela w 1958 roku - tylko w 1957, nie
posiada orderu Budowniczych Polski Ludowej - tylko: Srebrny Medal
Zasłużonych na Polu Chwały, dwa bojowe Srebrne Krzyże Zasługi, medal
za Odrę, Nysę i Bałtyk oraz medal Zwycięstwa. Czy mam się tego
wstydzić ? - pyta. W ten sam sposob odpiera zarzut, że do ZLP został
przyjęty za napisanie trzech czy czterech artykułów. Jest to kłamstwo,
przyjęto go bowiem za radiową adaptację "Powrotu posła" i "Cyrulika
sewilskiego", a także "pełnospektaklowej sztuki teatralnej", której
tytułu niestety nie podaje.

W RWE był redaktorem audycji młodzieżowych, w czym nie widzi nic
niewłaściwego, bo każdy ma prawo do uczciwej zmiany poglądów, a że ta
zmiana nastąpiła w czasie, gdy - jak pisze Wysocki - przed sądem sta-
wiano jego przełożonych i protektorów, że zanosiło się na generalną
rozprawę z ubekami, nie ma nic do rzeczy.

Bezwstyd tego "Listu otwartego" dosłownie poraża. Trudno zrozumieć
intencje autora - zgłasza się po nagrodę, bo teraz już można, czy jak?
Trudno też zrozumieć, dlaczego Nowak Jeziorański znając jego przesz-
łość, uczynił go redaktorem w kierowanej przez siebie rozgłośni.

Wiesława Kwiatkowska

/"Poza układem", Gdańsk, kwiecień 199O/

----------------------------------------------------------------------

NA UNIWERSYTECIE PO STAREMU

Uniwersytetem Śląskim od 9 lat włada niepodzielnie rektor Klima-
szewski, gorliwy wykonawca najdzikszych pomysłów komisarzy stanu wo-
jennego. On ponosi odpowiedzialność za to, że represje Jaruzelskiego
dotknęły Uniwersytet Śląski najciężej z wszystkich wyższych uczelni
Polski. Mimo protestów NZS skompromitowany rektor nie chce odejść.

Ostatnio okazało się, że rektor U.Śl. przyjął do pracy (dla ochrony
mienia uczelni) dużą grupę ubeków. Tradycje współpracy z SB są więc
ciągle żywe.

Od lutego 1989 r. działa Fundacja dla Uniwersytetu Śląskiego. Skład
Rady Fundatorów mówi sam za siebie: Gorywoda (były I sekretarz KW
PZPR), Karasek (były prezes WK ZSL), Słowik (były przewodniczący WK
SD), Wnuk (wojewoda), Stępień (były prezes Izby Rzemieślniczej).

/SW, Oddział Śląsko-Dąbrowski/

----------------------------------------------------------------------

ANDRZEJ GWIAZDA W KATOWICACH

ZAPIS ROZMOWY Z CZŁONKAMI KlUBU ANTYKOMUNISTYCZNEGO

IM.JÓZEFA MACKIEWICZA W KATOWICACH

Klub Antykomunistyczny: Wszyscy mówią o wprowadzeniu wolnego rynku.
Pan proponuje powrót do starej idei Wolnych
Związków Zawodowych. Dlaczego ?

Andrzej Gwiazda: Marks przewidując upadek kapitalizmu nie przewidział
jednego, że robotnicy pójdą po rozum do głowy i zro-
bią związki zawodowe. Podstawowym błędem Marksa było to, że potrak-
tował robotników jak idiotów. Zwiąki Zawodowe uratowały kapitalizm.
Jeżeli w Polsce chcemy zbudować kapitalizm, to wpierw musimy mieć
przygotowane związki zawodowe, bo inaczej ten kapitalizm się nie
utrzyma.

KA: A czy nie wystarczą już te związki, które są ?

AG: Powstają ciągle jakieś nowe, nie wiadomo co z nich wyrośnie. OPZZ,
który ma siłę i chce być związkiem zawodowym, ma taką przeszłość,
że po prostu nie może nim być.

KA: Ale jednak jest liczniejszy od "Solidarności".

AG: No, niestety. Mówię niestety, bo jednak przywiązany jestem do tej

nazwy i wstyd mi trochę, że taką nazwę przybrała organizacja, któ-
ra jest mniej liczna od OPZZ-u.

KA: Czyżby w tym zawierała się Pańska opinia o "Solidarności" zwanej
wałęsowską ?

AG: Niestety nie. Jest to znów leninowski związek, czyli związek speł-
niający leninowską definicję "transmisja partii do mas". Taki
drobny przykład: powstała "neo-Solidarność" i po jakimś czasie okazało
się, że załogi muszą spłacić 3O milionów długu, które ich regionalna
struktura zaciągnęła na kampanię wyborczą. 3O milionów pożyczyli na
konto załóg i teraz muszą to spłacać. Przypomnę jeszcze uchwałę zjazdu
"Solidarności", którą tylko następny zjazd może zmienić, że "Solidar-
ność" nie będzie brała udziału w wyborach.

KA: No, tak. Mało kto chce o tym pamiętać.

AG: W tej sytuacji "Solidarność" miała tylko prawo zaopiniować ordy-
nację wyborczą: czy uważa, że jest demokratyczna, czy nie.

KA: Skoro już jesteśmy przy wyborach, to co Pan sądzi o zbliżających
się wyborach samorządowych ?

AG: Przypuszczam, że zainteresowanie wyborami będzie małe. Jak dotąd,
aktywność w okolicach Gdańska przejawiają tylko te grupy, które
mają konkretny interes do załatwienia. Na przykład odległe osiedla,
które mają szczątkową komunikację i gdzie Komitety Obywatelskie są
aktywne - im chodzi po prostu o te cztery autobusy, które chodziłyby
na tej linii.

Jestem przekonany, że te ciała wyłonione w drodze wyborów będą to
mogły załatwić, być może kosztem innych dzielnic, ale w każdym razie
te cztery autobusy dla swojego osiedla załatwią, może gdzieś otworzą
przychodnię lekarską, to wszystko.

KA: A czy Pan konkretnie pójdzie wziąć udział w tych wyborach ?

AG: Nie, ale nie będę również wzywał do bojkotu, bo uważam, że ich
ranga jest zbyt mała.

KA: A na przykład, gdyby znajomy spytał się, co ma robić ?

AG: To zależy. Teraz akurat rozmawiałem ze znajomym, który walczy o te

cztery autobusy na swoim osiedlu i nie powiedziałem mu, żeby tego
nie robił.

KA: Wracając do kapitalizmu: czy Pan uważa, że jest szansa zbudowania
w Polsce gospodarki wolnorynkowej ?

AG: Uważam, że jest. Jest wiele wątpliwości jak to robić, ale jestem
przekonany, że należy to robić dokładnie odwrotnie do tego, jak
w tej chwili mówi się nam, że się robi gospodarkę wolnorynkową. Rzecz
polega na tym, że my nie wiemy dokładnie co to jest gospodarka wolno-
rynkowa. Gospodarka wolnorynkowa kojarzy się nam z tą niesłychaną
ilością dóbr, które tam można nabyć za bardzo krótki okres pracy.
W związku z tym ludzie nie mogą ocenić, czy to co się robi, rzeczywiś-
cie do tej gospodarki prowadzi. A cechą gospodarki wolnorynkowej jest
to, że suma pensji jest równa sumie cen produkowanych towarów.
W Polsce, wg danych za rok 1987 suma pensji odpowiada 11% wartości
produkcji. Tak więc, gdybyśmy cudownym sposobem wprowadzili w Polsce
kapitalizm i wolnorynkową gospodarkę, to znaleźlibyśmy się w niezwykle
głębokim kryzysie.

KA: Byłby to kryzys nadprodukcji ?

AG: Tak. Z wszystkich takich kryzysów wychodzono przez interwencjonizm
państwowy. Ponieważ kryzys byłby bardzo głęboki, interwencja pańs-
twa musiała by być odpowiednio silna i w zasadzie musiała by sprowa-
dzić się do "ręcznego sterowania", czyli do powrotu komuny.

KA: Jakie wyjście widzi Pan z tego błędnego koła ?

AG: Jeśli chce się budować jakiś nowy ustrój, to trzeba go budować
zgodnie z ideą tego ustroju i jego podstawowym założeniem.
Kapitalizm ma takę ideę, chociaż nie umie jej reklamować. Jest to idea
likwidacji przywilejów: zgoda na nierówność ekonomiczną ale przy ścis-
łym przestrzeganiu równości wobec prawa. A to co się nam proponuje, po
przejściu na rzekomy kapitalizm, to rozszerzenie dotychczasowych przy-
wilejów politycznych na sferę ekonomiczną.

KA: Pan ma na myśli uwłaszczenie nomenklatury ?

AG: Tak. To, co powstanie, na pewno nie będzie systemem jaki znamy
z krajów dobrobytu zachodniego, i na pewno nie będzie to system
demokratyczny. Własność prywatna na Zachodzie ma gwarancje w przekona-
niu większości społeczeństwa, że jest to system słuszny, jakkolwiek
nie zawsze dobry. I dlatego tamten kapitalizm jest demokratyczny, bo
w tej demokracji widzi gwaranta swojego istnienia. Natomiast własność
prywatna powstała na drodzie przywilejów na pewno nie zyska aprobaty
społecznej. Więc gwarantem tej własności nie stanie się społeczeństwo,
gwarantem będzie mogła być tylko policja i będzie to prowadzić do nas-
tępnego systemu autorytarnego.

KA: Jak przewiduje Pan rozwój sytuacji w Polsce ?

AG: W sorawach własnościowych sytuacja jest ciekawa, bo występuje wie-
le grup interesów. Mamy lobby menadżerskie czyli dyrektorów, jest
lobby administracyjne, czyli wojewodowie i ci wszyscy od zjednoczeń -
wyższy poziom macherów - jest też aparat najwyższy. Wszyscy zachowują
się tak jakby oczekiwali, że to właśnie ich interesy zostaną zrealizo-
wane. A interesy te są sprzeczne. Jeżeli którakolwiek z konkuren-
cyjnych grup osiągnie sukces, to spotka się z wściekłym atakiem
pozostałych. Jeżeli zaś wszyscy zostaną wystrychnięci na dudka, to
przełkną to gładziej.

KA: Jak Pan sądzi, czy Polska jest w tej chwili niepodległa ?

AG: Oczywiście, że nie.

KA: A dlaczego ?

AG: Taki znaczący przykład: prasa ogłosiła, że powołanie katolickiego
premiera zostało poprzedzone wizytą sowieckiego ambasadora, Browi-
kowa, u prymasa Polski. Browikow oświadczył, że Związek Radziecki nie
widzi przeszkód aby powierzyć urząd premiera Mazowieckiemu. Informacja
ta nie spotkała się z dementi, a powinno być ono poczwórne: powinien
zareagować ambasador, prymas, Mazowiecki, no i Wałęsa, który premierów
podobno obsadza.

KA: Skąd bierze się w takim razie dość rozpowszechnione przekonanie,
że jesteśmy już niepodlegli, jeżeli jeszcze nie całkiem, to przy-
najmniej na tyle, na ile możemy.

AG: Z głupoty, ze zwykłej głupoty. Tego niczym nie da się wytłumaczyć,
już w listopadzie rzuciła się na szyję jedna pani na przystanku:
panie Andrzeju, za dwa tygodnie Polska jest niepodległa !

KA: Dlaczego akurat za dwa tygodnie ?

AG: Nie wiem, chwała Bogu przyjechał tramwaj i nie musiałem się dowia-
dywać. W każdym razie oznacza to, że takie teorie rozpowszechniane
były już wcześniej.

KA: Głównie w telewizji ?

AG: Tutaj mam braki, nie mam telewizora.

KA: Może dlatego zdołał Pan zachować niezależność poglądów ?

AG: Wie Pani, że tak. Byłem ostatnio u rodziny w Sączu i postanowiłem,
że w wolnych chwilach popatrzę na telewizję. Po tygodniu obserwac-
ji zauważyłem, że zaczynam się zastanawiać, czy konstruktywni nie mają
aby racji. Po powrocie do Gdańska wystarczyło raz przejść się po skle-
pach, by otrząsnąć się z tego wrażenia.

KA: Co sądzi Pan o Solidarności Walczącej ?

AG: Współpracujemy od wyjścia z więzienia. Wymieniamy informacje
i w ważnych sprawach naradzamy się.

KA: W obecnej sytuacji pozostawanie w podziemiu uchodzi za dziwactwo.
Czy w takim razie Kornel Morawiecki powinien się nadal ukrywać ?

AG: To, że Kornel siedzi w podziemiu nie świadczy o tym, że boi się
policji. I tak by go nie aresztowali. Kornel pozostając w podzie-
miu, mimo że względy bezpieczeństwa tego nie wymagają, mówi po prostu
ludziom, że nie wierzy w ten układ, nie akceptuje go i nie ma do niego
zaufania.

KA: Co Pan sądzi o pomysłach całkowitego wyjścia SW na jawność ?

AG: Wydaje mi się, że właściwy moment jeszcze nie nadszedł.

KA: Czy uważa Pan, że organizacja konspiracyjna jest teraz w Polsce
potrzebna ?

AG: Uważam, że tak.

KA: Jak Pan widzi przyszłość wałęsowskiej "Solidarności" ?

AG: Wygląda na to, że związek i jego szef, co wydawało się do niedawna
niemożliwe, traci popularność. Jest to również widoczne w reak-
cjach czerwonego, który zorientował się, że popularność Wałęsy jest
warunkowa, że Wałęsa był bożyszczem dopóki ludzie nie sprawdzali tylko
milcząco mogli zakładać, że realizuje on ich interesy. Teraz, kiedy
Wałęsa ma co dzień 2 godziny w telewizji i ludzie nie mogą tam znaleźć
swoich interesów, jego popularność zaczyna spadać.

KA: Czy jest szansa, by idea przetrwała, czy jej nie skompromitowali ?

AG: Na pewno ją skompromitowali. Wydaje mi się, że trzeba zaczynać od
nowa. Powiedziałem to już w 1985 roku.

KA: Jak Pan widzi szansę rozwoju wolnych związków zawodowych, nawizu-
jących do idei sprzed Sierpnia ?

AG: Nie wiem jak jest wielka, ale wiem, że jedyna.

KA: Czy nie sądzi Pan, że grozi nam nawrót dyktatury i w związku
z tym idea ta nie będzie mogła być zrealizowana ? Wiadomo, silna
dyktatura potrafi uniemożliwić tworzenie się organizacji niezależnych.

AG: Może utrudnia, może ułatwia. Silna dyktatura ma silnych przeciwni-
ków. Jest ich może niewielu, ale są silni. A ja wolę nieliczną
grupę silnych niż liczną słabych.

KA: W zasadzie jest to również koncepcja SW. Ale czy może być to kon-
cepcja związku zawodowego ?

AG: Myślę, że może. Związek nawet nieliczny może mieć decydujący głos
w chwilach, kiedy trzeba coś zrobić dla załóg. Wtedy nawet ci,
którzy nie należą, przyłączają się, a związek przejmuje kierownictwo.
Być może ciąży na mnie doświadczenie osiemdziesiątego roku. Najpierw
było nas kilkunastu, a po miesiącu ponad 1O milionów, które zaakcep-
towały naszą koncepcję. W decydującej chwili trzeba mieć propozycję
dla załóg, dla niezrzeszonych również. Jeżeli ta propozycja chwyci, to
jest to wielka wygrana. Jeżeli nie, to trudno. To znaczy, że napraco-
waliśmy się na próżno. Zawsze jest to ryzyko.

----------------------------------------------------------------------

"NASZA" GAZETA

"Jeżeli chcesz, żeby twoja gazeta była uważana za niezależną, to
trzeba to zrobić już. Nie można być półdziewicą. Albo się jest dziewi-
cą - albo się nią nie jest. Wszyscy muszą wierzyć, że mają możliwość
wypowiedzenia w gazecie /.../. Jeżeli będziecie propagować tylko wy-
branych, to nic się nie stanie, ale też nie posunie to demokracji
dalej ani o krok." Te, jakże zacne słowa pochodzą z wywiadu, jakiego
udzielił prof. Jerome Aumente "Gazecie Gdańskiej" (nr 11) - "twojej
gazecie", "jedynej niezależnej gazecie Wybrzeża", jak można było prze-
czytać i usłyszeć z promujących ją reklam. Słowa, które chciało się
brać za ideowe przesłanie redakcji.

Rzeczywistość okazała się jednak mniej zacna. Jakimś zbiegiem oko-
liczności przytoczono w "GG" wypowiedź dr Janusza Golichowskiego,
z którą autor zupełnie się nie identyfikował. Wysłał więc 3 marca do
redakcji sprostowanie, wyjaśniając jego faktyczny pogląd w przypisywa-
nej mu sprawie oraz protestując przeciwko manipulatorskim praktykom.
Po dziesięciu dniach wysłał kolejny list domagający się publikacji
pierwszego. Po dłuższym czasie redakcja została zmuszona do reakcji:
opublikowała część listu J.Golichowskiego wraz z komentarzem, że jed-
nak tamta pierwsza wypowiedź też była prawdziwa, oraz, że sprawę
uznaje za zamkniętą (Roma locuta, causa finita !). Sprawa tymczasem
zupełnie nie jest zamknięta - redakcja wkrótce się o tym przekona.
J.Golichowski słusznie chce dochodzić trzech przynajmniej nieprawości:
publikacji fałszywej wypowiedzi, odmowy druku sprostowania w całości,
oskarżenia go o kłamstwo w sprawie pierwotnej wypowiedzi. Oto smutne
konsekwencje praktyk, w których poglądy wciąż dzieli się na słuszne
i na niegodne publikacji. /.../

/SW, Oddział Trójmiasto/

Janusz Golichowski Gdańsk, 6.3.199O

Podhalańska 4 m. 8

8O-322 Gdańsk

Szanowny Panie Redaktorze,

Ze zdumieniem przeczytałem w numerze 2 "Gazety Gdańskiej" z 23 lu-
tego 9O r. wypowiedź dotyczącą honorowego doktoratu dla Lecha Wałęsy,
podpisaną moim nazwiskiem. Nie składałem na ten temat żadnego oświad-
czenia, a moje rzeczywiste stanowisko w tej sprawie jest całkowicie
odmienne od opinii przytoczonej.

Lech Wałęsa nie zasługuje, moim zdaniem,na żadne honorowe wyróżnie-
nie, ale na najsurowsze potępienie.

Złamał podstawowe zasady statutowe związku zawodowego "Solidarność"
zawierając z władzami komunistycznymi porozumienie bez zgody jego le-
galnych władz.

W porozumieniu tym wyrzekł się głównego oręża ruchu związkowego,
jakim jest prawo do strajku. Uznał tym samym winę "Solidarności"
w konflikcie z komunistami i legalny charakter stanu wojennego. Bez-
prawnie posługuje się nazwą dawnego związku i bezprawnie powołuje się
na jego tradycję.

Zaakceptował oszukańczą ordynację wyborczą z 1989 roku, ordynację
zgodnie z którą o wynikach głosowania decydują organizatorzy wyborów,
a nie wyborcy.

Myślę, że racje powyższe całkowicie wystarczają do uzasadnienia
mojej opinii.

Janusz Golichowski

----------------------------------------------------------------------

Przedstawiamy migawki z podróży po Polsce współpracownika
"Washington Post". Jesteśmy egzotyczni, a właściwie egzotyczna jest
nasza bieda i - jak wynika z tekstu - jest to jedyna dla zachodniego
turysty atrakcja naszego kraju. Smutne.

-----------------------------

Blaine Harden

DROGAMI POST-KOMUNITYCZNEJ POLSKI

W czasie coraz dłuższych dni marcowych wciąż jeszcze wieje wschodni
wiatr od strony Rosji. Ale we wnętrzu jest ciepło - słońce nagrzewa
samochód w czasie jazdy na wschód przez płaską, ubogą, zniszczoną,
malowniczą, średniowieczną i nieuporządkowaną Polskę w tym post-
-komunistycznym okresie.

Wzdłuż drogi rosną brzozy, drzewa, które często są opiewane przez
Polaków w poematach miłosnych i piosenkach wojennych. Sadzą też brzozy
na grobach. Polacy uważają, że jest coś romantycznego i smutnego
w przyciąganiu światła przez te drzewa.

Nadszedł czas siewów, i pola między Niemcami Wschodnimi a Warszawą
są zasilane jedynym nawozem, jaki jest dostępny większości rolników -
obornikiem. Czasami widać traktory na polach, ale tysiące chłopów
wciąż jeszcze używa pługów ciągniętych przez konie. Całe rodziny biorą
udział w siewach, chodząc po polach z wielkimi koszami i siejąc ziarno
ręcznie.

W małych miasteczkach, takich jak Rudniki i Tyble, pijani ludzie,
zamroczeni alkoholem, wchodzą znienacka na jezdnie. Wzdłuż dróg stoją
niezliczone kapliczki: słupki podtrzymujące malutkie domki z plasty-
kowymi figurkami Jezusa Ukrzyżowanego. Z ganków i balkonów mieszkań
zwisają suszące się skarpetki i bielizna, trzepocząca na wietrze.
Ciężarówki ze źle wyregulowanymi silnikami hałasują stając na świat-
łach, wypluwają z rur wydechowych kłęby szaroniebieskiej trucizny,
której zapach jest charakterystyczny dla miast byłego bloku
wschodniego.

Jest wiele sposobów opisania tego największego, najbardziej zalud-
nionego kraju Europy Wschodniej. Polska zrobiła to pierwsza -
odrzuciła komunistyczne rządy i zaczęła przechodzić do gospodarki
wolnorynkowej. Przedtem jeszcze to właśnie z tego kraju tak wiele osób
przyjeżdzało do USA, zapełniając ulice Chicago ludźmi z długimi
nazwiskami, mówiącymi z dziwnym akcentem. Ale ani polityka, ani
ekonomia, ani polski przyjaciel nie dostarczą wiadomości, które można
zdobyć jedynie wsiadając do samochodu i podróżując po tym kraju.

Na przejściu granicznym między NRD a Polską w Trzebieli stoi cię-
żarówka z zachodnioniemiecką tablicą rejestracyjną. Przewozi 5O
sadzonek topoli i ma problemy celne.

Dwaj młodzi Niemcy usiłują wyjaśnić polskim celnikom, że wiozą
"drzewka przyjażni" do Opola, ośrodka będącego centrum niemieckiej
mniejszości w Polsce. Nasz burmistrz sądzi, że Opole potrzebuje
pomocy. Słyszała, że burza powaliła wiele drzew, i wysłała nas w celu
udzielenia pomocy oraz dostarczenia tych drzew - mówi Oliver Jansen,
dwudziestoczteroletni mechanik pracujący w Muehlheim, ośrodku
przemysłu hutniczego nad Renem.

Dokumenty Jansena są w porządku, pani burmistrz wysłała wcześniej
teleks do celników na przejściu granicznym z wyjaśnieniem celu
przewozu sadzonek, ale mają oni wciąż wątpliwości.

Dążenie do zjednoczenia Niemiec uczuliło Polaków na sprawy związane
z granicą polsko-niemiecką. Zachodnia część Polski, stanowiąca dziś
trzecią część kraju, należała przed rokiem 1939 do Niemiec i Polacy,
pomimo zapewnień rządów Zachodnich i Wschodnich Niemiec, podejrzewają,
że trochę więcej niż kilku Niemców pragnie przyłączenia tych ziem do
ich państwa. Każde polskie dziecko wie, co się zwykle dzieje, gdy
Niemcy pragną nowych terenów.

Ta niepewność sprawia, że nawet prezent w postaci paru sadzonek
drzew budzi podejrzenia.

Najpierw przyślą drzewa, potem przyjdą i będą chcieli mieszkać obok
nich - wzdycha jeden z polskich celników.

Ostatecznie jednak sadzonkom pozwolono na wjazd do Polski i młodzi
Niemcy wiozą je do Opola.

Nieco dalej w głąb Polski przy szosie siedzi Piotr Leiks, pogodny,
szerokolicy, uosabiający dążenie swych rodaków do robienia interesów
handlowych. Leiks sprzedaje miód, marynowane grzyby, sok z czarnych
jagód, używaną lornetkę i skórki lisie w dwu kolorach. Ma również
wyprawione lisy, ze szklanymi oczami w wypchanych głowach, i czapki
z lisiego futra, uszyte przez żonę.
Pani Leiks szyje kapelusze damskich rozmiarów, a pan Leiks ma
bardzo dużą głowę, ale interes jest interesem - wciska sobie kapelusik
na głowę...

Polacy, których jest 38 milionów, są znani w Europie Wschodniej
jako sprytni handlarze. Od wielu już lat w krajach bloku wschodniego
uprawiają handel na własną, prywatną skalę - kupują tanio, podróżują
daleko i sprzedają drogo. Czesi, nazywający polskich handlarzy
"szarańczą", ustanowili prawa uniemożliwiające Polakom ogałacanie
czechosłowackich sklepów. Niemcy z NRD narzekają na Polaków, podobnie
Węgrzy.

Jednakże po wprowadzeniu reform rynkowych i zaprzestaniu dotowania
towarów w rejonie Europy Wschodniej polscy handlarze muszą zmienić
taktykę. Od stycznia, kiedy to zaczął działać w Polsce nowy program
gospodarczy, wyszli na ulice swoich własnych miast i zaczęli wykorzys-
tywać możliwości, jakie stwarza "dziki" wolny rynek. Około jednej
trzeciej ilości towarów jest dziś w Polsce sprzedawana na ulicy, tak
jak to robi Piotr Leiks.

Jedziemy na wschód betonową, czteropasmową drogą, zbudowaną przez
Niemców jeszcze przed drugą wojną światową. Należy ona wciąż do
najlepszych autostrad w Polsce, i wiedzie do największego miasta na
południowym zachodzie Polski - Wrocławia lub, jak mówią Niemcy -
Breslau. Jadąc tą drogą trudno jest ignorować wojnę, o której nie mogą
zapomnieć Polacy.

Z jednej strony przypominają ją Rosjanie, których oddziały w sile
około czterdziestu tysięcy stacjonują w zachodniej części Polski.
Sowieccy żołnierze w zielonkawych płaszczach stoją na poboczu
autostrady, sowieckie samoloty odrzutowe i helikoptery latają w powie-
trzu, niedaleko autostrady znajdują się bunkry wojskowe i zamaskowane
miejsca przeznaczone dla czołgów.

Z drugiej strony w dużych miastach są inwalidzi wojenni - siwo-
włosi, poruszający się po ulicach na wózkach inwalidzkich. Tuż pod
Wrocławiem znajduje się duży cmentarz żołnierzy sowieckich, ozdobiony
świeżo odmalowanymi czołgami bojowymi, umieszczonymi na betonowych
postumentach trzymetrowej wysokości.

O wojnie przypomina też bezduszna architektura samego Wrocławia.
Gdy Armia Czerwona zbliżała się do miasta, Hitler rozkazał bronić
go do ostatniego człowieka. Po zakończeniu działań wojennych miasto,
które J.Stalin nazwał "czysto niemieckim", zamieniło się w kupę gruzu.

,
W zbiorze reportaży z podróży amerykańskiego pisarza P.J.O Rourke,
zatytułowanym "Wakacje w piekle", autor po krótkiej wizycie w Polsce
dochodzi do wniosku, że "komuniści lubią beton".

Wrocław, z tysiącami bezbarwnych, podobnych do pudełek bloków
mieszkalnych, jest doskonałym dowodem na takie twierdzenie. Nawet
słupki telefoniczne są z betonu.

Za Wrocławiem droga zwęża się i mija małe miasta, w których rower
nie jest jedynie dziecinną zabawką. Wyposażone w wiklinowe kosze,
rowery służą jako środek transportu. Kobiety w średnim wieku pedałują
powoli, wioząc w swych koszach pieczywo i warzywa. Przytrzymują
spódnice i starają się trzymać kolana razem.

Póżnym popołudniem wjeżdżamy do miasta, które "obsługuje" Teresa
Majchrowska - jeśli nie jest zajęta wypalaniem suchych traw, pracuje
jako samorodny "lekarz od kości" - zawodu nauczyła się od ojca, a tenz
kolei od swego ojca.

Pani Majchrowska, potężnie wyglądająca kobieta z twarzą pooraną
głębokimi zmarszczkami, w pomarańczowym swetrze, mówi, że leczy
zarówno dzieci, jak i dorosłych. Ma nawet pacjentów z Niemiec
Zachodnich, leczenie jest tanie - 5O centów.

Kępno jest małym miasteczkiem, o którym wielu Polaków nigdy nie
słyszało. W tym właśnie miasteczku, za sprawą sierżanta Andrzeja
Olesika z MSW, ja i mój towarzysz - fotograf mieliśmy się przekonać,
że jeszcze nie tak dawno polska policja miała prawo ingerować w życie
każdego obywatela i zmieniać je wedle swego widzimisię.

To jest zabronione ! - Tak się nam przedstawił Olesik. Zaparkował
swój niebieski samochód policyjny i podszedł do fotografa. "Zabro-
niona" fotografia dotyczyła kilku samochodów stojących przed stacją
benzynową na skrzyżowaniu.

Czy nie wiecie, że zabronione jest fotografowanie skrzyżowań ?
- ciągnął dalej Olesik. - Proszę dać mi paszporty i pójść za mną.

Sierżant zaprowadził nas na główny komisariat w Kępnie. Przez
czterdzieści lat rządów komunistów milicjanci prowadzili sterroryzo-
wanych ludzi na komisariaty w celu przesłuchania.

W czasach stalinowskich, na początku lat pięćdziesiątych, po takich
przesłuchaniach tysiące Polaków było torturowanych, zabijanych i cho-
wanych w nieoznakowanych grobach. W latach osiemdziesiątych, po
powstaniu, zdelegalizowaniu i ponownym zalegalizowaniu "Solidarności",
milicja doprowadzała ludzi na komisriat i proponowała im pieniądze
w zamian za śledzenie sąsiadów. Od czasu do czasu, w imieniu ludu,
milicja waliła głowami opornych w betonowe ściany komisariatu.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, na szczęście, zmienia się. Pilnuje
tego rząd związany z "Solidarnością".

Gdy Olesik doprowadził nas na komisariat i wyjaśniał nasze
"przestępstwo" swemu przełożonemu, zobaczyliśmy coś, co zamieniło
sierżanta Olesika w słup soli. Został zrugany za zrobienie takiego
głupstwa, jak zatrzymywanie ludzi za robienie zdjęć. Za dziesięć minut
pojawił się z naszymi paszportami i odprowadził nas na to samo
skrzyżowanie, gdzie próbowaliśmy fotografować samochody.

Przepraszam, że trwało to tak długo - tłumaczył się głupawo - ale
nie mamy komputera.

Niewykończone mury domków jednorodzinnych - są wszędzie, miały
służyły jako domy letniskowe lub mieszkalne. Do stycznia można było
tłumaczyć te wszystkie niedokończone budowy komunizmem. Zakłócenia na
rynku powodowały powstawanie problemów nie do przezwyciężenia ze
zdobyciem materiałów budowlanych, armatury i tym podobnych środków. Od
stycznia, wraz z końcem dotowania i wybuchem inflacji, towary zalewają
rynek, jednakże ceny są poza zasięgiem możliwości przeciętnych obywa-
teli Polski, którzy, zgodnie z ostatnimi oszacowaniami "The
Economist", zarabiają około 15OO dolarów rocznie. Wreszcie Polacy
zrozumieli, jak bardzo są biedni.

Droga do Warszawy wydaje się być otoczona niedokończonymi domami na
wiele przyszłych lat - nawet w takiej Polsce, w której każdy może
sprzedawać wszystko za każdą cenę, a sierżant Olesik musi działać
uprzejmie i rozsądnie.

Blaine Harden

/"The Washington Post", 25 marca 199O/

----------------------------------------------------------------------
"POLISH JOKE"

Prezentujemy tłumaczenie amerykańskiej ulotki "reklamującej" podróże

do Polski. Była ona podobno kolportowana m.in. w nowojorskiej siedzi-
bie ONZ oraz w "Głosie Ameryki". Ciekawe, co kazało grupie ludzi
(wiemy, że nie była to jedna osoba) zadać sobie tyle trudu - napisa-
nie, druk, kolportaż. Kto za to płacił ? Koszt zapewne nie był wysoki,
ale przynajmniej druk i papier musiały być opłacone. Pewne jest, że
nie robił tego przyjaciel, z tekstu przebija pogarda i niechęć do
naszego kraju.

Nie należy, rzecz jasna, przywiązywać do tej ulotki zbyt wielkiej
wagi. Każdy naród ma przyjaciół i wrogów, i nie ma w tym nic
szczególnie dziwnego. Pamiętając o tych pierwszych, nie należy
zapominać o istnieniu drugich. I może warto przypominać sobie o teks-
tach takich jak ten w momentach wpadania w narodową egzaltację:
jacyśmy to wspaniali, tragiczni, wzniośli i ile nam jest winien świat.
Warto czasem spojrzeć z zewnątrz, okiem nieżyczliwego czy wręcz
wrogiego obserwatora.

-----------------------------

WYCIECZKA DO POLSKI

12 dni - 4 noce
21 stycznia - 3O lutego 199O

Plan wycieczki

Pierwszy dzień - wyjazd z lotniska międzynarodowego w Pittsburghu
o 4:35 rano. Podróżujemy pierwszą klasą jedynego
samolotu PLL "LOT" typu jumbo-jet.

Drugi dzień - w powietrzu.
Trzeci dzień - w powietrzu.

Czwarty dzień - w powietrzu

Piąty dzień - przylot do Warszawy o 9:OO wieczorem, obiad w podzie-
miach warszawskiego hotelu Hiltona, dania przygotowane
w plastykowych pudełkach.

Szósty dzień - po śniadaniu zwiedzanie Warszawy od 9:3O do 9:4O, czas
wolny na kradzieże w sklepach, po czym fantastyczny
posiłek siedmiodaniowy - jedna kiełbaska i sześć bute-
lek piwa.
Siódmy dzień - zwiedzanie okolic, jeździmy komfortowo przebudowanym
czołgiem Wojska Polskiego. Dla chętnych - wyprawa "ga-
zikiem" do Bangladeszu.
Ósmy dzień - z powrotem w Warszawie, zwiedzanie Polskiego Uniwersy-
tetu (oba budynki). Każdy może zobaczyć książkę w bi-
bliotece nauk medycznych.
Dziewiąty dzień - wsiadamy do samolotu mającego odlecieć do USA.
Tylko trzy krótkie postoje - dwa dla zatankowania pa-
liwa, trzeci dla odebrania instrukcji lotu.

Dziesiąty dzień - w powietrzu.

Jedenasty dzień - w powietrzu.

Dwunasty dzień - przylot do Pittsburgha między dziesiątą rano a pół-
nocą, w zależności od warunków atmosferycznych i tech-
nicznych.

KOSZT TYLKO

49,5O dolarów za dwie osoby

do ceny włączone są: przejazdy, posiłki, lekarstwa, wycieczki,
noclegi w hotelach, pierwsza pomoc w nagłych wypadkach,
spadochrony (otwierają się przy zderzeniu z ziemią).

Nie wahaj się - miejsce musisz sobie zarezerwować nie później
niż w chwili odjazdu.

......................................................................
Proszę o rezerwację ... miejsc na wycieczkę do Polski. Załączam czek
na 1O,95 dolarów (suma bezzwrotna).

Cena ubezpieczenia lotniczego - 4OO dolarów od osoby

Zwiedzanie Bangladeszu - 12,5O dolarów od osoby

----------------------------------------------------------------------
Tymoteusz Karpowicz

LITWO ! OJCZYZNO MOJA !...

Ilekroć czytamy część trzecią Pierwszej Księgi Królewskiej, czyli
Pierwszej Samuela o tym, jak Dawid przygotowuje się do śmiertelnej
walki z olbrzymim Filistyńczykiem Goliatem o honor Ludu Izraela, jak
Dawid wybrał sobie pięć jaśniuteńkich kamieni z potoka i włożył je
w torbę pasterską, którą miał przy sobie, a procę niósł w ręku i wy-
szedł przeciwko Filistynowi - wstrzymujemy oddech i życzymy zwycięstwa
dzielnemu pasterzowi owiec, a kiedy przyszły król - pasterz-poeta
powala Filistyńczyka, gratulujemy mu zwycięstwa, proponujemy przyjaźń,
chcemy wypasać swoje owce z jego stadem. Nie interesujemy się już
zwłokami Goliata, bo nie jest Polinikiem. Na cały świat niesie się
nasza hosanna na cześć tego zwycięstwa. Nie, nie mam tu na myśli zwy-
cięstwa Izraela nad Arabami. Myślę o uniwersalnym modelu zachowywania
się narodów u schyłku XX wieku, które zaraz zabierają się do przyrzą-
dzania swojej pieczeni przy ogniu zwycięzcy. Ale kiedy w tej chwili
Dawid - Litwa, w niewoli współczesnego Goliata - Związku Sowieckiego,
powstaje na nogi, zmierza się z super-Filistyńczykiem, wcale nie prag-
nąc go zabić, tylko zrzucić jego jarzmo z karku, obwołać rodowitą zie-
mię Gedymina własną - odwracamy głowę od zarysowującego się pola
walki, wykręcamy się na pięcie, jesteśmy nawet gotowi powybierać
wszystkie kamienie z potoków litewskich, by nie rozsierdzić super-
Goliata. To nic, że naród litewski ogłosił swoją niepodległość ustami
legalnie wybranych władz, to nic, że pakt Ribbentrop-Mołotow, który
przyniósł niewolę Litwie i innym krajom, został potępiony przez wiele
państw, łącznie obecnie z państwem super-Goliata, to nic, że prezydent
tego dzielnego państwa, Vytautas Landsbergis, apeluje do świata o po-
moc polityczną i moralną w odpieraniu rosnącej przemocy super-Goliata
- świat zatyka na to wołanie uszy watą obojętności, traktując je jako
"wołanie na puszczy", zupełnie zapominając, że to wołanie bardzo
szybko może stać się jego własnym krzykiem rozpaczy, że dzwony Johna
Donne'a rozbrzmiewają wokół aż nazbyt wyraźnie: Nie pytaj komu bije
dzwon. On zawsze bije dla ciebie /"Devotions"/. Kiedy parlament litew-
ski ogłosił niepodległość, skład wolnego rządu (jeszcze niepełny),
zaczął wołać we mnie głos, byłem przekonany, większości Polaków: Jest
kraj, który uzna ten rząd natychmiast, bo jego uznanie będzie miarą
suwerenności uznającego. Polsko ! stań pierwsza przy braciach - Litwi-
nach. Masz przecież w oczach Jana Matejki "Bitwę pod Grunwaldem"
z centralną postacią księcia Witolda. To Budrysi przynieśli nam "pod
burką historii" najwspanialszą z naszych dynastii królewskich - Ja-
giellońską. To oni, razem z Polakami, umierali w powstaniach trzy-
dziestego i sześćdziesiątego trzeciego roku. Potem zadaliśmy sobie
wiele ran, często śmiertelnych. Są one ciągle otwarte. Moskwa zręcznie
posypuje je solą, "konserwując stygmaty". A one chciałyby się zabliź-
nić. Trzeba tylko teraz stanąć ramię przy ramieniu. Wasza wolność jest
naszą wolnością, bo wciąż jesteśmy w gardle tego samego potwora:
super-Goliata - Rosji. Litwo ! Ojczyzno moja ! - wołałem (i wołam)
poprzez uszy moich przyjaciół i znajomych, uznaję ciebie, jako
Prawowitą i Wolną. Ale obecny rząd polski, reprezentowany przez
premiera Tadeusza Mazowieckiego - milczy. Dla tych, dla których, jak
dla mnie, etyka jest Bogiem, jest to straszliwe milczenie. Liwini je
słyszą. Ta cisza, w sensie swego pokłosia, przypomina tragiczne, poli-
tyczne i moralne żniwo naszego gwałtu zadanego Czechom, naszego
"zwycięstwa zaolziańskiego", gdyśmy na moment, na ten nieusprawied-
liwiony do dziś, okrutny moment, stali się partnerami brunatnego
Berlina. Milcząc w tej chwili przeistaczamy się w sojuszników Moskwy,
która wysyła coraz to silniejsze pancerne hordy na Litwę, kiedy
grzechot czołgów super-Goliata wokół parlamentu litewskiego głuszy
rozmowy o wolności, kiedy prezydent Landsbergis oznajmia światu, że
Litwa jest w stanie oblężenia i wyznacza swego waszyngtońskiego przed-
stawiciela do reprezentowania wolnej Litwy, gdyby super-Goliat
wtłoczył bagnetami do żelaznych kibitek rząd i parlament litewski,
kiedy młodzi dezerterzy litewscy z armii sowieckiej szukają schro-
nienia po kościołach w naiwnej wierze, że ich stamtąd suworowowski
bagnet nie wyłuska (szczęśliwi jeszcze - nic nie słyszeli o rzezi
polskiej Pragi !), kiedy... I dzieje się to wszystko w momencie, kiedy
premier Mazowiecki w tych hordach ciągle widzi osłonę suwerenności
Polski. I milczy. Na niezrozumiałej Górze Oliwnej nad Wisłą.

Gdyby teraz żył Lord Byron zmierzałby nie do Missolungi, a do
Wilna, mówiąc:

Wolności ! Sztandar twój, choć postrzępiony,

Jak burza ciągle prze pod wiatr !

A z innej strony, może od Łuku Triumfalnego, może od Brandenburs-
kiej Bramy, telepałby się w to samo miejsce, a nie do Istambułu, pan
Adam patrząc na: pola malowane zbożem rozmaitem, wyzłacane pszenicą,
posrebrzane żytem; szepcąc jakby naraz w dwóch językach: Litwo !
Ojczyzno moja ! ty jesteś jak zdrowie... Wszystkie narody świata
miały, mają i mieć będą swoich poetów, którzy umiłowali, miłują i
miłować będą wolność prącą pod wiatr. W zasadzie narody są takie, en
masse, jakimi są ich poeci i wszyscy twórcy. Ich rządy natomiast są
właścicielami kasyna gry, które nazywa się "polityka". Dlatego milczą
teraz, gdy mieszkańcom miast Litwy drżą szyby od huku samolotów super-
-Goliata, przelatujących na małych wysokościach, z szybkością ponad-
dźwiękową, siejąc strach - jedyne zboże, którego super-Goliat ma
w nadmiarze. Milczą, gdy Związek Sowiecki odcina małe państwo, które
odważyło się być wolne, od reszty świata, obsiewa spadochroniarzami
(ich też ma w nadmiarze) okupowaną ziemię, każe rozwiązywać straż cy-
wilną, poniża litewskich kadetów, odbiera Litwinom broń, nawet myś-
liwską, nie chcąc dostrzec, że proca litewskiego Dawida nie ma lufy,
a sporządzona jest z racji wolnego człowieka. Milczą, by nie drażnić
super-Goliata. Bo on ma super-terytorium do super-inwestowania
i super-handlu. Poletka Litwy są małe, małe są lady na towary. I tak
oto bije wielki dzwon Litwy.

Dalekimi wydawały mi się zawsze takie kraje, jak Australia czy Is-
landia. Na mojej wewnętrznej mapie były to miejsca ubi leones. Aus-
tralia była lądem kangurów zjadających wszystko, nawet skórzane buty
farmerów, a Islandia królestwem ryb, od których Islandczycy nauczyli
się milczenia. Kiedy te kraje, jako pierwsze i dotychczas jedyne,
uznały wolny rząd Litwy, suwerenny byt tego państwa, dowiedziałem się,
że Australia i Islandia, to kraje serca i jasnego, niepodległego
umysłu. Wierzę, że za nimi pójdą inne. Niechże rząd polski nie stoi
ciągle przy drodze, pytając: Quo vadis Domine ? Bo usłyszeć może tyl-
ko jedną odpowiedź: Na Litwę, Polsko, którą kiedyś ochrzciłaś.

Tymoteusz Karpowicz

Uniwersytet Illinois w Chicago

----------------------------------------------------------------------

Na następnej stronie zamieszczamy fragment artykułu Czesława Okiń-
czyca, Polaka z Wilna. To, o czym pisze, przynajmniej w części tłuma-
czy podłoże niedawnej (15 maja) skandalicznej decyzji rejonowej rady
w Solecznikach, która postanowiła nie uznawać niepodległości Litwy
i wzywa Gorbaczowa do jej zdławienia siłą. 8O % mieszkańców rejonu So-
lecznik to Polacy. Decyzja podjęta przez radę w tej miejscowości
zaważyć może bardzo negatywnie na stosunkach polsko-litewskich. Czy
będzie dziwić, gdy Polaków Litwini będą traktować jak zdrajców ? Czy
będzie czas im tłumaczyć, że to nie Polacy, to polscy komuniści ?

Czesław Okińczyc

PO WYBORACH: SZANSE I ZAGROŻENIA

/.../

Przykro o tym pisać, ale większość naszych rodaków głosowała na
przedstawicieli partyjnej "konserwy". Na realizatorów linii tej części
partii komunistycznej, która jest wciąż zapatrzona w Moskwę. Taki
wynik jest przegraną wszystkich Polaków ! Także pod względem formalnym.

Oto w Jaszunach, Związek Polaków na Litwie wysunął kandydaturę
swojego prezesa Jana Sienkiewicza. I czołowy działacz ZPL przegrał ze
Stanisławem Pieszko. Rodzi się pytanie: dlaczego pan Pieszko, również
należący do władz Związku, zdecydował się wystawić w tym samym okręgu
wyborczym swą kandydaturę. Dlaczego prowadzono bezpardonową kampanię
wyborczą Polaka przeciw Polakowi ?

To samo zdarzyło się w Solecznikach. Prezes tutejszego oddziału
ZPL, Jan Obłaczyński, przegrał również z Polakiem, miejscowym działa-
czem partyjnym, Leonem Jankielewiczem. Jeszcze raz powtórzę, że jest
to zjawisko bardzo smutne. Przypomina ono stary dowcip o Polakach
w piekle.

Każdy naród miał w czeluściach piekielnych swój własny kocioł
z wrzącą smołą. I wszystkie one były pilnowane przez diabłów, dogląda-
jących, aby nikt nie uciekł. Co raz to słudzy piekielni widłami spy-
chali uciekinierów do wnętrzy kotłów. Tylko jednego kotła nikt nie
pilnował. Belzebub, zapytany o przyczynę, odpowiedział:

- A tutaj... Tu siedzą Polacy. Ich pilnować nie trzeba. Jak tylko
który się wychyli, pozostali natychmiast wciągają go do środka.

Na Litwie, niestety, sprawdziło się to co do joty. Wiele razy nie
zgadzałem się z prezesem Sienkiewiczem w kwestiach taktyki Związku
Polaków. Ale ceniłem jego starania na rzecz Polaków na Litwie. Byli
ludzie, którzy oskarżali mnie o chęć rozbijania Związku, o dzielenie
Polaków. I charakterystyczne, że pomówienia te wychodziły z tych krę-
gów, które podczas wyborów, bez żenady prowadziły działania destruk-
cyjne. Zarówno partia, jak i Sajudis, zadbały, by wprowadzić do nowego
parlamentu swoich liderów. Tylko Związek Polaków na skutek intryg, nie
będzie miał w parlamencie swojego prezesa. Zamiast ludzi takich, jak
Jan Sienkiewicz czy Jan Obłaczyński, broniących twardo (czasem może
zbyt twardo) praw Polaków, ale nie negujących prawa Litwy do samo-
dzielności, reprezentatami naszej społeczności będą ludzie, postępują-
cy w myśl wskazówek, przychodzących spoza Republiki.

Partyjne intrygi, "polski kocioł" doprowadziły do kompromitacji
wszystkich Polaków. Okazało się, że głoszenie haseł o jedności było
dobre tylko wówczas, gdy Związek Polaków poddawał się manipulacji par-
tyjnego betonu: kiedy udawało się zmusić ZPL do działań destrukcyj-
nych. Gdy okazało się, że kierownictwo Związku dostrzega potrzeby roz-
mawiania z Litwinami, gdy strona litewska poczyniła pierwsze ustępstwa
(np. na rzecz Fundacji Kultury Polskiej na Litwie), gdy zarysowały się
szanse porozumienia - działacze tzw. partii nocnej zabrali się do roz-
bijania naszego ruchu.

Tym intrygom trzeba zdecydowanie powiedzieć: "Nie !". Wszyscy
światli Polacy powinni stanąć w obronie jedności Związku. Powinni
strzec go przed przekształceniem w agenturę jednej partii czy jednego
ugrupowania. Naszą szansą jest dialog: zarówno z Litwinami, jak
z Rzeczpospolitą. Pod sztandarem skompromitowanych działaczy na pewno
prowadzić się go nie da.

Nie można dopuścić do tego, by Polacy na Litwie byli instrumentem
w rękach ludzi, realizujących nie polskie, ale imperialne interesy.
Dość manipulacji ! Musimy odrzucić osobiste spory i urazy, dotyczące
spraw mniejszej wagi. Interes Polaków w granicach suwerennej Litwy
musi być dla nas najwyższym celem. I wszyscy, którzy uważają go za
swój, winni dojść do porozumienia. /.../

Czesław Okińczyc

/"Znad Wilii" nr 6/

----------------------------------------------------------------------

Romas Kasparas

TAM, GDZIE ZAMYŚLONA, CIEMNA NIEWIAŻA

Jeżeli Niewiaża była zamyślona w czasach Majronisa (litewski poeta
z XIX w. - przyp. tłum.), to tym bardziej teraz. Gdy na Litwie obecnie
zaczęły wiać nowe wiatry polityczne i dla tysięcy uchodźców litewskich
rozpoczął się czas swobodnych odwiedzin w utęsknionej ojczyźnie. Mogą
tam podróżować, spotykać się z wcześniej nieznaną rodziną - radość
i euforia są w pełni zrozumiałe. Są podstawy do radości i realnego
optymizmu. Gdzie tylko spojrzysz, widzisz "trójkolorową", same litew-
skie symbole i znaki, już nie mówiąc o uchwałach przyjętych przez Radę
Najwyższą, jak na przykład przyjęcie języka litewskiego jako państwo-
wego, wprowadzenie autonomii ekonomicznej i inne uchwały. Jak mogłem
stwierdzić osobiście, mało który z Litwinów wątpi, że Litwa, wcześniej
lub później, znowu będzie niepodległa. Ciekawe również i to, że im
człowiek starszy tym ta niepodległość wydaje się bliższa. Jeżeli
studenci widzą niepodległość - za 15-2O lat, to emeryci oczekują jej
za 3-5 lat.

Piękny kraj ta Litwa. I o jej polityczną przyszłość nie trzeba
byłoby się martwić, gdyby po zwiedzeniu nie ukazała się jej groźna
sytuacja ekologiczna. Jest to tym smutniejsze, że nie zwraca się na to
zbytnio uwagi. Jeżeli nie ma ryb w jednym jeziorze, próbujemy w dru-
gim. Co prawda w prasie dużo się pisze o elektrowni atomowej w Ignali-
nie, o fabryce chemicznej w Janowie, ale faktycznie tylko wówczas, gdy
mają tam miejsce awarie. Mieszkańcy prawie całego kraju interesują się
głównie polityką - w jej kierunku skierowana jest cała uwaga i ener-
gia. Tymczasem gazeta "zielonych" na Litwie skarży się na niedosta-
teczną ilość poapieru na wydawnictwa podejmujące problematykę związaną
z zanieczyszczaniem środowiska, które nie kończy się na niebezpieczeń-
stwie zainstalowania przez władze okupacyjne elektrowni w Ignalinie,
i zagrażającej zielonemu środowisku fabryki azotów w Janowie. To
zagrożenie dotyczy całej Litwy, nawet najdalszych jej zakątków i nie
zawsze winę za to wyłącznie ponosi okupant. Pojedźcie do Krzyżowej Gó-
ry koło Mieszkucziów, rozejrzyjcie się i powąchajcie tamtejsze powie-
trze. Miejscami w istniejącej rzeczce płynie nie wiadomo co, tylko
nie woda. To widzą i spostrzegają w Krzyżowej Górze nie tylko
turyści z Litwy, ale i z innych krajów.

Teraz inny przypadek, opisany w "Zielonej Litwie" nr 13. Algierde
Feransaite pisze: Wybrałam się pewnego razu w podróż turystyczną do
Smieline (13 km od Wilna), przeraziłam się stanem samej rzeczki i jej
nabrzeżem: zaśmiecone i zagnojone oraz zabudowane pomieszczeniami dla
ptactwa domowego i świń. Odchody tych zwierząt odprowadzane są wprost
do rzeczki. /.../ Tym smutnym strumieniem wszystko spływa do Niewiaży.
Odwiedzając to miejsce, kilkakrotnie spotykałam gospodarujących ludzi.
Starałam się ich zawstydzić, ale poczułam się jak mrówka naprzeciw
karalucha. Dlatego zwracam się do was: pomóżcie rzeczce Smelynes. Kto
odezwie się na to wołanie ?

Problem zanieczyszczenia przyrody nie jest sprawą tylko Litwy. To jest
bieda, którą należy rozwiązać kompleksowo, co najmniej obejmując
region nadbałtycki, bo we wszystkich trzech krajach obowiązuje ta sama
polityka wykorzystania środowiska, wspólna przyszłość, te same cele
i ekonomiczne osiągnięcia.

Litwa, Łotwa i Estonia są najbardziej zurbanizowanymi i uprzemysło-
wionymi republikami Związku Radzieckiego. Według zachodnich ekspertów
w powojennym okresie przemysłowy rozwój Estonii i Łotwy przekroczył
średni rozwój Związku Radzieckiego trzykrotnie, Litwy nawet sześcio-
krotnie. Ekonomiści zauważają, że przemysł ten był rozwijany dla
pokrycia potrzeb Moskwy, a nie potrzeb miejscowych, i realizowano to
bez zwracania uwagi na jakąkolwiek ochronę środowiska. Ekologowie
stwierdzają że w Estonii w czasie ostatniego dwudziestolecia rozmiesz-
czono w kilku rejonach od 4 do 1O milionów ton odpadów i popiołów
szkodliwych dla zdrowia . Nawet najwyższa góra w Estonii, koło miasta
Kiviolio została usypana z tych popiołów. Popiołami została zatruta
woda gruntowa, a pył, dym, związki siarkowe i inne trujące gazy
zniszczyły dużo żyznej ziemi i roślin użytkowych. Rzeki Purtse i
Puhajog, w których nie ma znaków życia, zatruwają Bałtyk. Krajobraz
Estonii w niektórych miejscach bardziej przypomina księżyc niż naszą
planetę.

Podobnie jest na Łotwie, ale tu zatruwają środowisko wytwórnie pa-
pieru i celulozy, spuszczając wprost do rzek swoje nieoczyszczone
odpady. Wyniszczyły one ryby prawie we wszystkich rzekach republiki.

Ekologiczną sytuację Litwy referował dr Waidotas Antanajtis,
współpracownik europejskiej komisji ekologicznej, jeden z członków
kierownictwa Sąjudisu i działacz ruchu zielonych na Litwie.
Przedstawił ponury obraz. Według niego, środowisko na Litwie stale
zanieczyszczają przedsiębiorstwa przemysłowe, elektrownie i transport.
Woda gruntowa i rzeki są zabrudzone środkami chemicznymi. Mniej więcej
trzecia część wszystkich jezior na Litwie umiera: nie ma w nich ryb.
Ekologicznie największe zagrożenie Litwy stwarzają kwaśne deszcze. Na
Litwie zakwaszenie przekracza normy od 1O do 15 razy, a czasem 2O-25
razy więcej niż przyroda może normalnie znieść. Należy wyrazić radość,
że w bieżącym roku pracownicy ochrony środowiska oraz działacze ruchu
zielonych Nadbałtyki wzmocnili więzi i postanowili prowadzić wspólną
akcję ekologiczną w całej przygranicznej strefie okupowanego zachodu
Związku Radzieckiego. Ruch zielonych jest zdecydowanie wspierany przez
mieszkańców tych republik, dzięki którym zatrzymano dalszy rozwój
elektrowni atomowej w Ignalinie, ograniczono produkcję fosfatu w Esto-
nii i okiełzano produkcję papieru na Łotwie. Jednak położenie jest
jeszcze bardzo nieustabilizowane i problemom nie widać końca.

Wychodźstwo litewskie niemało przyczynia się do przyspieszenia
politycznej niezawisłości Litwy. Niektóre organizacje litewskie zos-
tały już zaopatrzone w komputerową aparaturę i w inne nowoczesne
urządzenia. Zabiega się o mieszkańców Litwy, szczególnie zesłańców na
Sybir i o ich zdrowie. Czy aby nie dojrzał już czas, by zająć się
odbudową przyrody Litwy oraz działaniami na rzecz jej ochrony. Czas
zabrać się za konkrety, za określone działanie. Odrodźmy Niewiażę !

Romas Kasparas

/"Głos Ameryki" po litewsku/

----------------------------------------------------------------------

Prezentowany na następnej stronie tekst ukazał się w litewskim piśmie
"Atgimimas" (Odrodzenie). Stanowi on odbicie nurtującego niektórych
Litwinów kompleksu polskiego. Autor "udowadnia" historycznie, że ci,
którzy na Litwie określają się jako Polacy, nie wiedzą co mówią. Autor
wie od nich lepiej, że są to spolonizowani Litwini lub Białorusini.
Nie zamierzamy podejmować polemiki. Autor w zacietrzewieniu powołuje
się na 2 tysiące lat historii, co w gruncie rzeczy - miast dodawać
powagi tekstowi - śmieszy. Myli się również autor przypisując polskim
urzędnikom stworzenie pojęcia "tutejsi". Tak po prostu po dziś dzień
określa siebie część ludności pogranicza polsko-litewsko-białoruskiego.
Przedstawiamy ten tekst nie po to, by wzniecać nacjonalistyczne
emocje, a jako ilustrację pewnego zjawiska. Litwini poszukują tożsa-
mości, marzą o wielkości. Najłatwiej jest określić siebie w kontraście
z innymi. Robią więc to. Sądzimy, że trzeba patrzeć na to zjawisko
z wyrozumiałością.

----------------------------

Andrejus Stepanovas

KIM SĄ CI "TUTEJSI" ?

W ostatnim czasie w prasie Wilna ukazało się kilka artykulików,
w których wyrażono pretensje wobec kierowników centrali spisu ludnoś-
ci. Poszczególne osoby, a nawet ich grupy czują się "urażone"
przez E. Kuncewicziusa (zastępca kierownika Centralnego Komitetu
Statystyki LSRR), który stworzył mieszkańcom możliwość określenia się
nie tylko jako Litwini, Białorusini, Polacy, ale i jako "tutejsi",
mówiący "po prostu" językiem ojczystym. Autorzy takich artykułów chcą
stworzyć wrażenie, że "tutejsi" reprezentują naród polski i powinni
być dołączeni do jego reprezentacji. Chcąc zdemaskować bezsens takiej
sugestii należy zwrócić się do historii. Oto co ona mówi. Żadne pisane
roczniki ani żaden historyk tych czasów nie wspomina o przybyciu
chłopów polskich na terytorium Litwy lub Białorusi. Już od dwu tysięcy
lat na terytorium Wielkiego Księstwa Litewskiego zamieszkali Litwini
i Białorusini. Oni właśnie są autochtonami tych ziem. Pierwsi Polacy,
przybyli na te tereny jako jeńcy litewskich książąt (4 tysiące Polaków
Jagiełło zwrócił Jadwidze, gdy się z nią żenił). Później, za zezwole-
niem królów Stefana Batorego i Zygmunta Wazy, na Litwę i Białoruś
zaczęli przedostawać się Polacy - jezuici. Wojownicy Jezusa przybyli
na ziemie, których mieszkańcy niechętnie odstępowali od swoich wierzeń
i obyczajów. Jak świadczą kroniki i historycy (E. Liskowski, "Historia
unii", Poznań 1875 r.), ekonomicznymi i socjalnymi przywilejami
zachęcili mieszkańców tych ziem do przyjmowania katolicyzmu i narodo-
wości polskiej. Magnaci i naśladująca ją szlachta stopniowo przyj-
mowała wiarę katolicką i zgodnie z powiedzeniem "Skoro jesteś polskiej
wiary, toś Polak" stawała się Polakami. W ten sposób unici i prawo-
sławni stopniowo tracili swoich oświeconych członków, a ich wiara
stała się wiarą chłopów. Wyrzeczenie się przez magnatów i szlachtę
swojej narodowej wiary i zwyczajów stało się początkiem upadku
białoruskiej kultury - pisał F. Engels.

Wojny z Tatarami, Turkami, Moskalami i Szwedami osłabiały Polskę
i Wielkie Księstwo Litewskie. W 1667 roku król Jan Kazimierz był
zmuszony oddać carowi okręg Czernihowa, Smoleńska, Siewierska i lewo-
brzeżną Ukrainę. I w ten sposób unici i prawosławni tych ziem dostali
się pod panowanie Moskwy. W czasie, gdy na ziemie Wielkiego Księstwa
Litewskiego wkroczyło 6O tysięcy wojsk okupacyjnych, Katarzyna II, na
terenach Litwy i Białorusi było 2169 unickich kościołów i 1O84
prawosławnych cerkwi. Wynaradawianie Litwy i Białorusi zmieniło swój
kierunek. Stworzono teraz nowe hasło: "Skoro jesteś wiary rosyjskiej,
toś Rosjanin". Ruszczenie Białorusów realizowano nahajką i innymi ok-
rutnymi metodami Wschodu. W Gumenejach okupanci wymordowali mieszkań-
ców 5O wsi i trzech niasteczek (w samej Gumeneji doliczono się 16.OOO
ofiar). Katarzyna II nakazała wykreślenie z mapy Europy nawet nazwy
Litwa. Wszędzie, nie wyłączając dziesięciu narodów Syberii, wprowa-
dzono jednolitą nazwę - Rosja. W tym tragicznym okresie mieszkańcy
Litwy i Białorusi okazali niewiarygodną odporność i siłę ducha.
Pozostając wśród sprzedajnej większości nie wyrzekli się ani swej
wiary, ani narodowości. Nie należy się dziwić, że jeszcze w roku 1834
w Nowogródku 54 poddanych chłopów wystąpiło z oświadczeniem broniącym
Kościoła unickiego. Koło Witebska zaś 22 chłopów za upór zostało uto-
pionych w jeziorze. W roku 1839 car ogłosił "ochotnicze" przyłączenie
się unitów do Kościoła prawosławnego. 35 zakonnic Mińska za niepod-
porządkowanie się zostało przesiedlonych do Witebska i Połocka i tam
zamęczonych.

W dwudziestoleciu międzywojennym często w prasie pisano o "tutej-
szych", których wielu było na Polesiu. Ich zdecydowany opór wobec
rusyfikacji i polonizacji wyraźnie został uwidoczniony w spisie lud-
ności w czasach okupacji Piłsudskiego. Rubrykę "tutejszych" w statys-
tycznych formularzach wymyślili nie kierownicy obecnego spisu
w Wilnie, a polscy specjaliści od statystyki za czasów J. Piłsudskie-
go. A więc do nich powinni zwracać się wspomniani towarzysze ze swoimi
żalami i pretensjami. W ciągu 2O lat Piłsudskiego - Żeligowskiego
okupanci na zachodniej Białorusi i na Wileńszczyźnie osadzali
kolonistów, pedagogów i urzędników. Zamykając białoruskie i litewskie
szkoły dążono do pełnej polonizacji zagrabionych krajów i częściowo to
się im udało. Większość białoruskich katolików nie posiadając rodzimej
szkoły i duszpasterstwa, dziś nazywa siebie Polakami (wyznania
polskiego). W polonizacyjnym procesie również dużo zdziałali J.
Żiugżda z M. Gedwiłą, którzy w swoim czasie polonofilom otworzyli 34O
szkół, a Białorusinom ani jednej... Dzieci białoruskie musiały pójść
do szkół polskich lub rosyjskich. Tak byli wychowywani renegaci !
Andrejus Stepanovas

/"Atgimimas", nr 3, 1989/

Przypis tłumacza: Wspomniany na końcu rzekomy rzecznik polonizacji
Białorusinów, Jonas Żiugżda został w 194O r. ministrem oświaty w Wil-
nie. Ten komunizujący nauczyciel języka litewskiego swoje ministerial-
ne rządy rozpoczął od zamknięcia wszystkich - z wyjątkiem 2 w Wilnie -
polskich szkół średnich i kilkudziesięciu podstawowych. Wbrew temu, co
pisze A. Stepanovas, nie otworzył ani jednej szkoły polskiej, a jedy-
nie pozwolił na kontynuowanie nauki w 34O spośród istniejących szkół
podstawowych na Wileńszczyźnie. Uczynił to nie z miłości do Polaków,
a z konieczności - zdecydowana większość na Wileńszczyźnie mówiła po
polsku i nie znała litewskiego. Ten - według autora - "polonizator"
Wileńszczyzny wkrótce zaczął stopniowo przekształcać szkoły polskie
w litewskie.

----------------------------------------------------------------------

Poniżej tekst rosyjskiego autora, zaczerpnięty z ormiańskiego
pisma "Tntesaget". Mimo upływu czasu (opublikowano go ponad pół roku
temu) uważamy ten artykuł za ważny - obnaża pewne fundamentalne zasady
funkcjonowania sowieckiego imperium, chętnie skrywane za fasadą dyna-
micznego pragmatyzmu i moralnego odrodzenia.

--------------------------------

Konstantin Wojewodskij

KTO JEST KIM W KARABACHSKIM KONFLIKCIE ?

Celebrowane przez środki masowego przekazu kłamstwa i przemilczenia
na temat wydarzeń w Nagorno Karabachskim Okręgu Autonomicznym (NKAO)
i "wokół niego" doprowadziło do tego, że poza granicami Armenii
i Azerbejdżanu nie docenia się kolosalnego znaczenia tych wydarzeń
(nie tylko dla Zakaukazia). Skutkiem tego jest zobojętnienie wielu
uczestników ruchu demokratycznego na konflikt karabachski.

W karabachskich wydarzeniach można wyróżnić kilka różnych, ale
powiązanych ze sobą konfliktów.

Konflikt polityczny pomiędzy większością ludności NKAO i władzami
Azerbejdżańskiej SRR polega na sprzecznościach w określaniu statusu
NKAO. Rozwój konfliktu doprowadził obecnie do tego, że ludność regionu
nie uznaje rządu w Baku.

Jest oczywiste, że stronami w tym konflikcie są władze AzSRR
z jednej strony i ludność Karabachu - z drugiej. Ludność NKAO w tym
konflikcie reprezentowana jest obecnie przez Radę Ludową, wybraną na
Zjazd przedstawicieli ludowych, wcześniej funkcję tę pełniła Rada
Obwodowa NKAO.

Armeńska SRR nie jest stroną w tym konflikcie, mimo że właśnie ten
konflikt często próbuje się przedstawić jako spór terytorialny po-
między Armenią i Azerbejdżanem. Początek konfliktowi dała (wbrew temu,
co się zazwyczaj mówi) Rada Najwyższa AzSRR, która odrzuciła oświad-
czenie Rady Obwodowej NKAO.

W chwili obecnej ostatnie słowo w tym konflikcie należy także do
Rady Najwyższej AzSRR. Mamy tu na myśli przyjętą w październiku
1988 roku uchwałę AzSRR o suwerenności. Ustawa ta tylko na pierwszy
rzut oka przypomina podobne akty prawodawcze republik nadbałtyckich.
Zawiera ona bowiem jeden zasadniczy, bezprecedensowy punkt.

Mówiąc, że jest to punkt bezprecedensowy bierzemy tu pod uwagę dość
wąskie ramy czasowe i geograficzne. Szukając szerzej, precedensy,
oczywiście, znalazłyby się. Choćby jeden z punktów konstytucji
tureckiej z początku wieku, zgodnie z którym Turcja jest niepodzielnym
imperium i żadna jego część, na żadnych warunkach nie może się od
niego oddzielić.

W tym przypadku sens tego punktu jest następujący: NKAO i Nachiczewań-
ska ASRR są integralnymi częściami AzSRR. Znaczy to, że nie ma
możliwości, aby teraz lub kiedykolwiek w przyszłości jakakolwiek część
ludności AzSRR mogła skorzystać ze swego prawa do samookreślenia.
Wszyscy i zawsze będą rządzeni z Baku, cokolwiek by się na świecie
zdarzyło.

Konflikt międzynarodowościowy - do którego środki masowego przekazu
usiłują sprowadzić cały problem, kiedy tylko jest mowa o Karabachu.

Konflikt międzypaństwowy - to konflikt między suwerennymi państwa-
mi, jak się to zgodnie określa w Konstytucjach Armeńskiej SRR
i Azerbejdżanskiej SRR. Początek temu konfliktowi dało rozpoczęcie dwa
miesiące temu ekonomicznej blokady Armenii przez Azerbejdżan. Pod-
kreślam, że zbrojne oblężenie Karabachu nie wydaje się częścią
składową blokady Armenii, jest to jeden ze środków podjętych przez
AzSRR w celu wywołania konfliktu z NKAO. Potwierdzeniem tej tezy jest
fakt, iiż oblężenie Karabachu rozpoczęło się dużo wcześniej i trwa do
tej pory, podczas gdy blokada Armenii została czasowo zawieszona.

Tym sposobem z inicjatywy Azerbejdżanu w konflikt karabachski zos-
tała wmieszana Armenia. Ostatnio podejmowane były próby wciągnięcia
i Gruzji, wobec której wysunięto żądanie nie przepuszczania towarów
dla Armenii. W przypadku odmowy Gruzji zagrożono także blokadą.

Mamy więc trzy konflikty. Przeanalizujmy stosunek do każdego z nich
oficjalnych władz Związku Radzieckiego. W pierwszym, politycznym
konflikcie, pomiędzy władzami z Baku a narodem Karabachu, Kreml bez
wątpienia stoi po stronie Baku. Podkreślano to wieloma decyzjami na
najwyższym państwowym i partyjnym szczeblu, a także tezą Michaiła
Gorbaczowa o niedopuszczalności "zmiany granic", wielokrotnie cytowa-
nej przez przywódców wszystkich szczebli. /.../
Jaka jest przyczyna tak jednoznacznego stanowiska najwyższych
władz ? Niektórzy skłonni są tłumaczyć to zwykłym przekupieniem krem-
lowskiej "góry" przez partyjno-mafijne kręgi Azerbejdżanu. Nie
można w zasadzie odrzucić takiej możliwości, niewiele jednak ona
wyjaśnia. Problem karabachski posiada zupełnie inny charakter.

Gdy tylko Ormianie z Karabachu zrezygnowali z wiernopodddańczych
próśb do wyższych instancji i podjęli problem samookreślenia, to
znaczy zaproponowali władzom najwyższym prawne uregulowanie i speł-
nienie woli narodu, weszli w kolizję z jedną z podstawowych zasad
funkcjonowania imperium. Prawo to głosi, że imperium nie może w żadnym
wypadku poddawać się naciskom z dołu, a zwłaszcza w kwestiach samo-
określenia wchodzących w jego skład narodów czy terytoriów. Porzucając
tę fundamentalną zasadę, imperium przestałoby istnieć.

Żądać czegoś takiego od władz, to tak, jakby zmuszać tygrysa do
wegetarianizmu. Nawet wojskowa porażka nie jest tak niebezpieczna dla
imperium jak pokojowe ustępstwo na rzecz kogoś, kto domaga się prawa
do samookreślenia. Dlatego też w imperium nie ma i być nie może
wypracowanego mechanizmu prawodawczego, który realizowałby to prawo
w sposób cywilizowany i pokojowy. Mówiąc o "imperiach" mamy tu na myś-
li zarówno "małe" imperium - wielonarodowościową AzSRR z wchodzącymi
w jej skład autonomicznymi jednostkami, jak i "duże" - ZSRR w całości.

Przejdźmy do konfliktu międzynarodowościowego. Jest rzeczą charak-
terystyczną, że opinia publiczna Armenii obwinia władze centralne
o proazerbejdżańską orientację, a opinia punbliczna Azerbejdżanu
odwrotnie - o proarmeńską. Oba oskarżenia odrzucamy jako zbyt powierz-
chowne. W rzeczywistości zadaniem władz centralnych jest podtrzymy-
wanie stałego ognia pod kotłem międzynarodowościowej wrogości, co
zresztą bardzo często stanowi cichą zachętę do podsycania tych
nastrojów z czyjejkolwiek strony. Wyliczmy fakty, dające podstawę dla
takiego rozumowania.

Pod koniec lutego 1988 r., w czasie pamiętnej katastrofy przy
Askeranie, w niewyjaśnionych okolicznościach zostali zastrzeleni dwaj
Azerowie. Strona azerbejdżańska oskarża o to zabójstwo Ormian, a or-
miańska, opierając się na zeznaniach brata jednego z zabitych,
twierdzi, że strzelał milicjant - Azer. O wydarzeniu tym szeroko
informowano społeczeństwo, przemilczając jednocześnie informacje
o zachodzących w tym samym czasie wydarzeniach w Stepanakercie.

Spóźnione i nieefektywne działania wojsk w Sumgajcie. Spójrzmy
przykładowo na zeznania świadków na procesie w Moskwie. Wynika z nich
jasno, że wojskowi mieli instrukcje nie wchodzenia na teren dzielnic,
w których 29 lutego miały miejsce akty przemocy.

Działania, które podjęto dla powstrzymania sumgajckich pogromów,
były nieefektywne i ospałe. Dopuszczono do zniszczenia lub ukrycia
wielu dowodów rzeczowych.

Nie poddano politycznej ocenia wydarzeń w Sumgajcie, co traktować
można jako kolejną zachętę dla prowokatorów. Ponadto jeden z azerbej-
dżańskich akademików, Z. Buniatow uważa, że Ormian w Sumgajcie
zabijali inni Ormianie (z Erewania). Ba, zna nawet nazwisko jednego
z morderców (?!)

Kiedy w listopadzie 1988 r. wyraźnie nasiliły się akty przemocy
wobec Azerów w niektórych wsiach Armenii, natychmiast wprowadzono stan
wyjątkowy w Erewaniu, gdzie nic podobnego nie miało miejsca, a tam,
gdzie byłoby to potrzebne, nie zrobiono absolutnie nic. Najwyraźniej
po to, aby wrogość rozpaliła się jeszcze silniej.

Jeśli założyć, że misja znajdujących się w NKAO wojsk polega na
zapobieganiu narodowościowym zatargom, to cel ten realizuje się bardzo
dziwacznie. Wojska nie przedzielają miejsc zamieszkania Ormian
i Azerów, a próbują zaprowadzać porządek wewnątrz tych dzielnic. To
bezsensowne na pierwszy rzut oka działanie nabiera jasnego sensu,
jeśli weźmie się pod uwagę, że faktycznie zadanie wojska nie polega na
łagodzeniu, a tym bardziej na zapobieganiu konfliktom, a na ukaraniu
"mądrali" niepokojących rząd undefined[undefinedmrzonkamiundefined] undefinedo samookreśleniu, samostano-
wieniu, władzy ludu i tym podobnymi głupstwami.

Jesteśmy dalecy od obwiniania władz centralnych o patologiczną
krwiożerczość. Ich cel jest całkowicie pragmatyczny - niedopuszczenie,
aby namiętności narodowościowe wygasły poniżej określonego stopnia,
aby zawsze mieć pretekst do uchylania się od podjęcia zasadniczego,
politycznego problemu Karabachu. Istotne jest również i to, że stałe
napięcie na Zakaukaziu jest dla władz doskonałym atutem w ich stosun-
kach z narodowo-demokratycznymi ruchami w całym kraju. Wystarczy wczy-
tać się w oświadczenie KC KPZR o sytuacji w Przybałtyce, aby zauważyć
w nim bezpodstawną ekstrapolację sytuacji w Karabachu na sytuację
w republikach nadbałtyckich.

Tolerując eskalację przemocy, władze wszelkimi sposobami, włączając
wojskowe, przeciwdziałają pokojowym, konstytucyjnym przedsięwzięciom.
Wspomniane wyżej bezsensowne wprowadzenie stanu wyjątkowego w Erewaniu
24 listopada 88 r. zbiegło się w czasie z sesją Rady Najwyższej Arme-
nii i miało na celu blokadę realizacji postanowień tego najwyższego
prawodawczego organu republiki. W istocie było to rozgromienie (cho-
ciaż bez użycia przemocy) Rady Najwyższej Armenii. Jeszcze wcześniej
na Erewań zrzucono desant wojska w celu zapobieżenia pokojowym wiecom
i demonstracjom. Temu celowi służyło też wygnanie Paruira Ajrikjana,
areszt i zatrzymanie bez sądu członków komitetu "Karabach" (w tym
dwóch deputowanych do Rady Najwyższej), trwające po dziś dzień bez-
prawne przetrzymywanie pod strażą deputowanego do Rady Najwyższej
A. Manuczarowa (wszyscy wymienieni są znanymi zwolennikami działań po-
kojowych).

Przeanalizujmy na koniec pozycję władz w konflikcie związanym
z blokadą. Zadajmy trzy pytania:

1. Czy rząd ZSRR, jego Rada Najwyższa, znajdujące się pod jego kon-
trolą siły zbrojne są w stanie przeciwdziałać blokadzie Armenii
i NKAO ?

2. Czy władze ZSRR mają obowiązek to uczynić ?

3. Czy władze chcą to uczynić ?

Pozytywna odpowiedź na pierwsze pytanie stanie się oczywista, jeśli
przypomnimy sobie pomyślne operacje zaopatrywania zablokowanego Kabu-
lu, tym bardziej, że jak na razie ani rząd, ani Narodowy Front
Azerbejdżanu nie posiadają na wyposażeniu "stingerów".

Pozytywną odpowiedź na drugie pytanie można znaleźć w konstytucji
ZSRR.

Trzecie pytanie jest trudniejsze. Nie można zaprzeczyć, że wojskowe
helikoptery dostarczały do Karabachu niektóre artykuły pierwszej
potrzeby.

- Drogą powietrzną dostarczano np. wydrukowany w Moskwie nakład
"Prawdy", /.../

- czasowe osłabienie blokady osiągnięto z cała pewnością pod naciskiem
Moskwy.

Ale również:

- Zaopatrzenia Armenii, a zwłaszcza NKAO całkowicie nie przywrócono;

- nie ma żadnych gwarancji, że sytuacja taka się nie powtórzy.

- prawicowa "góra" zrobiła wszystko, aby nie dopuścić do debaty o blo-
kadzie na forum Rady Najwyższej ZSRR. Oczywisty, wydawałoby się,
fakt wrogich działań jednej republiki wobec drugiej, a pośrednio
i wobec całego Związku Sowieckiemu, zaginął w dyskusjach o niezadowa-
lającym tempie budowy kolei w kraju;

- nie przedyskutowano apelu akademika Sacharowa o zorganizowanie mostu
powietrznego w celu zaopatrzenia Armenii i NKAO w artykuły pierwszej
potrzeby;

- są informacje, że odrzucono propozycje dostawy drogą powierzną
paliwa z Francji. Izraela i Kuwejtu;

- nie zaszczycono poważnym potraktowaniem w Radzie Najwyższej ZSRR ani
jednego punktu postanowienia Rady Najwyższej Armenii o blokadzie
(siedem z dziewięciu punktów były bezpośrenio skierowane do Rady
Najwyższej ZSRR);

- poza nielicznymi wyjątkami, informacje centralnych organów informa-
cji są celowo niejasne, tak że nie mając dostępu do niezależnych
źródeł informacji, nie sposób zorientować się kto kogo blokuje i dla-
czego;

- Nie ma mowy o ujawnieniu i pociągnięciu do odpowiedzialności orga-
nizatorów, inicjatorów i wykonawców wojny ekonomicznej przeciw
Armenii i Karabachowi.

Jak widać, wystarczy tego wszystkiego dla wysunięcia oczywistego
wniosku: blokada ekonomiczna jest wykorzystywana przez Kreml jako
jeszcze jeden środek nacisku na ruch karabachski. Zachodzące wyda-
rzenia dają unikalną możliwość sprawdzenia stopnia humanitaryzmu
naszych władz. Całkowite zmorzenie Ormian z Karabachu głodem na razie
nie leży w ich planach, gdyż jednak co nieco helikopterami podrzucają.
Ale epidemia wątrobowa w Karabachu, brak tysięcy mieszkań dla bezdom-
nych po trzęsieniu ziemi, przerwy w dostawach w Erewaniu i innych
miastach Armenii, brak w sklepach mąki, makaronu, masła roślinnego
itp. - to właśnie są kary, które wymierzono mądralom za marzenia o
samostanowieniu i innych nieaktualnych bzdurach w duchu Helsinek. A co
spotka ich jutro ?

Ekonomiczne skutki tej blokady można śmiało porównać ze skutkami
grudniowego trzęsienia ziemi, chociaż w odróżnieniu od tego losowego
nieszczęścia, obecne spowodowane zostało przez człowieka.

Jakie powinno być stanowisko demokratycznej społeczności w kara-
bachskim konflikcie ?

Z całą pewnością należy użyć wszelkich środków, które zlikwidowałyby
przemoc i inne agresywne działania, i pozwoliłyby wejść na drogę
cierpliwych rozmów, kompromisu. Pokojowa misja LNF (Leningradzki Front
Ludowy ? - AISW) ma szansę w ten sposób zasłużyć na miano misji o zna-
czeniu historycznym.

Władze prawodawcze, wykonawcze i in. przeszkadzając narodom w rea-
lizacji ich prawa do samookreślenia tracą w stosunku do tych narodów
prawa legalnej władzy i stają się uzurpatorami.

Wszystko co sprawiedliwe okazuje się w ostatecznym rozrachunku
pożyteczne i korzystne. Jakkolwiek daleko byłby Kaukaz od Newy, taki
czy inny obrót sprawy w Karabachu natychmiast wpłynie na sytuację
w całym kraju, u nas także. Nasza demokratyczna społeczność broni
swoich demokratycznych ideałów w warunkach względnej pomyślności. Dla
narodu Karabachu analogiczna działalność (do tego już doszło) prze-
kształciła się w walkę o przeżycie. Musimy zrozumieć, że jeśli ruch
karabachski zostanie zdławiony, to nasi demokraci zamienią się w łag-
rowy pył już w najbliższej przyszłości.

Półtora roku temu Karabach nazywano poligonem lub kamieniem pro-
bierczym pierestrojki. W świetle dzisiejszej sytuacji takie określenia
grzeszą nadmierną beztroską. Dzisiaj Karabach - to nasz plac
Tienanmen. Demonstranci są już na placu, pytanie tylko, jak daleko są
czołgi i czy dopuścimy je na plac.

październik 1989

Konstantin Wojewodskij

Doktor Nauk Technicznych

Politechniki Leningradzkiej

/"Tntesaget" nr 444-446, Erewań 1989/

27-28 maja komandosi sowieckich wojsk MSW zastrzelili na ulicach
Erewania ponad dwudziestu i raniły kilkudziesięciu Ormian, przygotowu-
jących się do obchodów rocznicy niepodległości swego kraju. W Stanach
Zjednoczonych w tym samym czasie szykowano się na powitanie Michaiła
Gorbaczowa. Telewizja przekazała, że powodzeniem cieszą się koszulki
z nazwiskiem dostojnego gościa oraz sierpem i młotem. Amerykanie
na zabój kochają się w pierestrojce. Czy zazdroszczą np. Ormianom,
którzy mają ją u siebie ?

----------------------------------------------------------------------

CHCIAŁBYM, ABY ALBANIA STAŁA SIĘ SZWAJCARIĄ BAŁKAN

Rozmowa z Leka I, następcą tronu albańskiego

Sześćdziesiąt pięć lat temu, Ahmed Zogu został wybrany prezydentem
Republiki Albańskiej. W 1928 r. mianuje się królem Albanii i przyjmuje
imię Zogu I. Jego rządy nie trwają długo. Wojska Mussoliniego w 1939
roku zajmują "kraj orłów". Zogu I zmuszony jest opuścić swój kraj.
Jego syn, Leka I miał wtedy... trzy dni. Po wieloletniej tułaczce
przez Turcję, Francję, Wielką Brytanię (gdzie ukończył Akademię
Wojskową w Sandhurst), Egipt, Hiszpanię i Rodezję, Leka I osiedla się
w końcu w Afryce Południowej. Dziś mieszka na ranczo na przedmieściach
Jahannesburga. Szef klanu, businessmen i przywódca opozycji albań-
skiej na wygnaniu, Leka I mówi, że wszędzie czuje się jak u siebie
w domu, ale marzy o powrocie do swojej ojczyzny.

Albania - najbiedniejszy kraj w Europie, jest komunistyczna od 1945
r. Po upadku dyktatury w Rumunii, to ostatni bastion stalinizmu.

Kontakt: - Czy obecność Pana w Paryżu oznacza, że historia przyspiesza
kroku w Albanii?

Leka I: - Moja wizyta w Paryżu ma charakter roboczy. Spróbuję spotkać
się tu z ministrem Spraw Zagranicznych Rolandem Dumasem,
który ma udać się na wiosnę z wizytą oficjalną do Albanii, Czy ma to
związek z tym, co dzieje się w moim kraju ? Oczywiście. Atmosfera
w Albanii zaczyna się ostatnio stawać coraz bardziej nerwowa. W Tira-
nie ochrona rezydencji aparatczyków reżimu, a przede wszystkim Ramiza
Alii (I sekretarz Komunistycznej Partii Albanii) i Nedjimii Hodży
(wdowa po nieżyjącym już przywódcy albańskim Enverze Hodży) została
silnie wzmocniona. Trzeba być jednak ostrożnym w interpretacji
informacji podanych przez prasę jugosłowiańską, która ogłosiła, że
w mieście Szkoder wprowadzony został stan wyjątkowy. Wiem natomiast na
pewno, że w ciągu kilku ostatnich lat miały miejsce liczne dezercje
żołnierzy armii albańskiej i członków Sigurimi (policja polityczna).

- Jak tłumaczyć fakt, że pomimo tak spektakularnych zmian w Europie
Wschodniej, Albania opiera się cały czas jakimkolwiek reformom demo-
kratycznym ?

- Jest to przede wszystkim kwestia izolacji dyplomatycznej Albanii,
która odcięta jest od świata zewnętrznego żelazną kurtyną. A ta wy-
cisza dźwięki dochodzące z zewnątrz. Poza tym wchodzą tu w grę uwarun-
kowania natury wewnętrznej. Większość dysydentów lub po prostu ludzi
mogących oprzeć się reżymowi komunistycznemu albo znajduje się w wię-
zieniu, albo za granicą. I po trzecie, dyktatura albańska jest prawie
doskonała, system donosicieli funkcjonuje bez zgrzytów, co pozwala
komunistom na unieszkodliwienie w zarodku każdej rewolucji. Tak, jak
to miało miejsce w Rumunii za czasów Ceausescu, donosiciele są
wszędzie. Np. w wojsku, na ośmiu żołnierzy jest zawsze jeden "kabel",
który regularnie donosi komisarzowi politycznemu, co dzieje się w jego
oddziale. Mimo tego klimatu strachu, istnieje jednak coś, co można
nazwać opozycją. Chodzi tu bierny opór, zwłaszcza w środowiskach reli-
gijnych. Nie zapominajmy, że 75 % Albańczyków to muzułmanie. Oprócz
tego, my, to znaczy diaspora albańska, staraliśmy się zorganizować
w kraju ruch oporu.

- Jak funkcjonuje ta sieć oporu ? W jaki sposób Pan kontaktuje się
z sympatykami w Albanii ?

- Niestety, na razie nie mogę tego powiedzieć ze zrozumiałych wzglę-
dów. Albania jest zamknięta dla cudzoziemców, ale Albańczykom udaje
się przedrzeć do kraju przez góry, które uniemożliwiają służbie gra-
nicznej i Sigurimi całkowitą kontrolę granicy. Od 1961 r. utrzymuję
kontakty z wieloma ludźmi w Albanii i mogę pana zapewnić, że niektórzy
członkowie armii i Sigurimi przyłączą się do powstania przeciw
reżimowi Alii.

- Czy armia albańska mogłaby odegrać w powstaniu przeciw Alii taką
samą rolę, jaką odegrała w rewolucji przeciw Ceausescu armia rumuń-
ska ?

- Naród albański odczuwa nienawiść wobec Alii i jego komunistycznej
ekipy. A wojsko albańskie (48 tys. żołnierzy) składa się, tak jak
wojsko rumuńskie, z żołnierzy z poboru. Różnica między tymi dwoma
armiami jest jednak bardzo istotna: od 1961 r. armia albańska nie po-
siada żadnych kontaktów z centrami dowodzenia w Moskwie. Mało prawdo-
podobna wydaje się więc pośrednia interwencja ZSRR przez kanał
wojskowy, tak jak to było w przypadku rewolucji rumuńskiej. Tego
rodzaju kanał między Moskwą a Tiraną po prostu nie istnieje. Nawet
Sigurimi nie kontaktuje się z KGB. Władza Alii opiera się w głównej
mierze na Sigurimi, która na razie jest bardzo lojalna wobec ekipy
rządzącej.

- Jaki jest obecnie układ sił w tej ekipie ?

- Komunistyczna Partia Albanii jest całkowicie kierowana przez klan
rodziny Hodża. Jest to zresztą raczej klika ludzi, których łączy
wspólny interes, niż prawdziwy klan, który składa się z ludzi wolnych,
mogących w każdej chwili zmienić przywódcę. Prawdziwa władza znajduje
sie w rękach dwóch osób: Ramiza Alii, który reprezentuje władzę
wykonawczą i wdowy po Enverze Hodży, która przy pomocy "betonu" utrzy-
muje linię partii.

- W jaki sposób Pan zamierza odzyskać tron utracony przez Zogu I
w 1939 r. ?

- Na to pytanie odpowiedzieć panu nie mogę. W grudniu ubiegłego roku
wystosowałem apel do narodu albańskiego, by przygotował się do
powstania przeciw tyranom. O dziwo, apel ten został przekazany w świat
przez radio Moskwa, nie mówiąc o radiu Kosowo i Voice of America.
Zastanawiam się nawet, czy Moskwa nie chce przypadkiem użyć mojej
osoby do swojej własnej gry.

- Gdyby udało się Panu dojść do władzy w Albanii, jakie byłyby Pana
pierwsze posunięcia ?

- Najważniejszą sprawą dla mnie jest naród albański, wszystko zależy
od jego woli. Moim obowiązkiem jest więc zapewnić temu narodowi
wolne wybory, które pozwolą na zadecydowanie o politycznym kształcie
państwa albańskiego. Zorganizowałbym referendum, by Albańczycy mogli
wybrać między republiką i monarchią. Jeżeli wypowiedzą się za re-
publiką, gotów jestem uczestniczyć w życiu politycznym kraju na każdym
stanowisku. Jeżeli wybiorą monarchię, wtedy zostanie wprowadzona
konstytucja z 1922 r. Poza tym wydaje mi się, że każdy demokratycznie
wybrany przywódca Albanii spróbuje połączyć naród albański, którego
część mieszka w jugosłowiańskiej prowincji Kosowo. Jeżeli chce się
zachować pokój na Bałkanach, które są beczką prochu, zjednoczenie jest
konieczne.

- Czy popiera Pan nacjonalistów albańskich z Kosowa, żądających przy-
łączenia ich prowincji do Albanii ?

- Tak, popieram ich żądania. W skład państwa albańskiego powinno wcho-
dzić zresztą nie tylko Kosowo, ale również dwa inne regiony, które
z punktu widzenia etnicznego są albańskie. Chodzi tu o małą część
Czarnogóry i pas terytorialny biegnący wzdłuż granicy macedońskiej.

- Jaki jest Pana program reform ekonomicznych ?

- Po pierwsze, wprowadzenie gospodarki rynkowej. Jest jednak rzeczą
ewidentną, że podczas okresu przejścia od gospodarki zarządzanej
odgórnie do gospodarki rynkowej, nieuniknione będzie zachowanie w ges-
tii państwa pewnych elementów starego systemu, tak jak to się dzieje
w krajach Europy Wschodniej, ktore przeprowadzają tego rodzaju
reformy. Następną sprawą jest dekolektywizacja ziemi. Trzeba chłopom
oddać to, co do nich należy. Do śmierci Hodży ziemia i jej produkty
były wyłączną własnością państwa. Rząd Alii poczynił pewne ustępstwa
wobec chłopów, pozwalając im uprawiać na własną rękę małe parcele,
które jednak nie są ich własnością. Mogą oni jedynie zachować to, co
wyprodukują. W Albanii chłopi stanowią 70 % społeczeństwa, nic więc
dziwnego, że Alia poszedł na pewien kompromis. Równie niezbędne jak
rozparcelowanie ziemi jest zwrócenie Albańczykom wolności religijnej.
Albania jest dziś jedynym krajem na świecie, gdzie ateizm został
podniesiony do rangi ideologii oficjalnej.

- Jaką rolę mogłaby odgrywać wolna Albania w Europie ?

- Albania jest małym, górzystym krajem, zamieszkałym przez ludzi ce-
niących sobie niezależność ponad wszystko inne. Myślę, że najbar-
dziej odpowiedni byłby dla Albanii status państwa neutralnego, jaki
posiada Szwajcaria. Nie mamy co prawda szwajcarskich banków, i trudno
żeby było inaczej, ale posiadamy za to wiele bogactw naturalnych, jak
chrom czy ropa naftowa. Teraz te bogactwa nie są wykorzystywane tak
jak powinny być, a cały dochód z ich sprzedaży idzie do kieszeni
komunistycznej władzy. Chciałbym, aby Albania stała się w przyszłości
Szwajcarią Bałkan.

rozmawiał Krzysztof Urbanowicz

/"Kontakt" nr 4/

----------------------------------------------------------------------

Irina Iłowajskaja

MARTWI NIE CIERPIĄ - CIERPIĄ ŻYWI

Ubiegły tydzień osnuły mrokiem informacje o fali profanacji mogił
żydowskich, początkowo we Francji, potem w Izraelu i w końcu w Związku
Radzieckim, w rejonie Smoleńskim. Ostatnie informacje dotyczą praw-
dpodobnie dość odległego czasu, ale my otrzymaliśmy je dopiero teraz.

We Francji przerażające w swoim barbarzyństwie profanacje ujawniono
przede wszystkim na cmentarzu w małym miasteczku na południu. Profana-
torzy wywlekali ciała z mogił, by następnie pastwić się nad nimi;
jedno z nich, ciało 8O-letniego starca, pochowanego dwa tygodnie
wcześniej, wbito na pal nad grobem. Profanacja została ujawniona
w czwartek w zeszłym tygodniu, potem nastąpiły dalsze incydenty w róż-
nych miejscach południowej Francji, jak również ostatnio na jednym
z przedmieść Paryża.

Prawie jednocześnie nadeszły wiadomości o profanacji około 25O
grobów żydowskich w Izraelu, na cmentarzu w Hajfie. We Francji protest
przygniatającej większości społeczeństwa był natychmiastowy i jedno-
myślny. Swoje oburzenie Francuzi wyrazili poprzez masowe (2OO tysięcy
osób) uczestnictwo w demonstracji, na czele z prezydentem Republiki
i jego małżonką, premierem, członkami rządu, parlamentu, wybitnymi
przedstawicielami Kościoła Katolickiego i wieloma znanymi działaczami
społecznymi i przedstawicielami inteligencji.

Wszystkie partie polityczne, za wyjątkiem skrajnie prawicowego
"Frontu Narodowego" połączyły się w wyrazie oburzenia z powodu
profanacji mogił żydowskich, i wszelkich przejawów rasizmu, a w szcze-
gólności antysemityzmu. "Front Narodowy" również protestował, ale
głównie po to, aby odsunąć od siebie podejrzenia o udział w tych
haniebnych akcjach.

Opinia publiczna we Francji jest skłonna uznawać liderów i akty-
wistów "Frontu Narodowego" za winnych powstawania i nasilania się
w ostatnim czasie nastrojów rasistowskich. Ta skrajnie prawicowa
partia już od dawna otwarcie i brutalnie występuje przeciw obecności
we Francji cudzoziemskich imigrantów, w pierwszym rzędzie Arabów
i Murzynów, grając przy tym na najprymitywniejszych i najniższych
instynktach ludzi upośledzonych moralnie i kulturalnie, którzy
koniecznie chcą znaleźć kozła ofiarnego, winnego trudności gospo-
darczych, od których w pewnym stopniu nie jest wolna i Francja.

Nie ulega wątpliwości, że wszelkie faszyzujące, szowinistyczne
partie, siejące nienawiść i dyskryminację, odgrywają zgubną rolę
w życiu społeczeństw. W tym konkretnym wypadku brak jeszcze rezultatów
śledztwa wszczętego przez policję w sprawie ostatnich barbarzyńskich
aktów antysemityzmu.

W Izraelu, gdzie nasuwa się całkiem naturalny wniosek, że za
podobnymi aktami stoją arabscy fanatycy, policja przestrzega przed
takimi wnioskami, wskazując na to, że cały szereg poszlak świadczy
pośrednio przeciw temu. Jak na razie izraelskiej policji udało się
zatrzymać dwóch chorych psychicznie mężczyzn - Żydów; nie ma wątpli-
wości, że byli oni zamieszani w profanację mogił, ale kto nimi
kierował - na razie nie wiadomo.

Ostatnio (oprócz wspomnianej już informacji z rejonu smoleńskiego)
przyszła wiadomość z Polski o profanacji cmentarza katolickiego na
północy Polski, zniszczono płyty nagrobne, pomniki i rzeźby przedsta-
wiające Jezusa Chrystusa.

Głośny, jednomyślny i zdecydowany protest społeczeństwa francuskie-
go jest całkowicie zrozumiały i głęboko usprawiedliwiony. Antysemityzm
we Francji jest przejawem strasznego moralnego upadku nielicznych grup
ludności, ale jest to upsadek tak potworny, a rany od przestępstw
dokonywanych przez antysemitów tak głębokie, że niezbędny jest szybki
i potężny protest.

Wydaje się nam, że udział partii komunistycznej w demonstracjach
przeciw antysemityzmowi jest dowodem typowej dla niej bezczelności.
Nie ulega bowiem wątpliwości, że antysemityzm w Związku Radzieckim
jest wykorzystywany przez KGB w celu umocnienia władzy komunistycznej.

Irina Iłowajskaja

/Russkaja Mysl, 18 V 199O, nr 3828/

(Irina Iłowajskaja-Alberti jest redaktorem naczelnym tygodnika "Russ-
kaja Mysl")

----------------------------------------------------------------------

Galen Rowell

AGONIA TYBETU

Chińska okupacja zniszczyła kulturę istniejącą w harmonii z przyrodą

W roku 1981 byłem zostałem kierownikiem pierwszej amerykańskiej
wyprawy, która została wpuszczona do Tybetu po trzydziestu latach
chińskiej okupacji w tym regionie. Jestem fotografem i w związku z tym
była to dla mnie wielka życiowa szansa. Niewiele myślałem o polityce
czy o prawach człowieka. Chciałem po prostu chodzić po górach i foto-
grafować tajemniczą krainę, o której wiele czytałem.

Nie przypuszczałem, że w ciągu najbliższych ośmiu lat odwiedzę
Tybet aż pięć razy, stanę się przedmiotem skarg dyplomatycznych, zo-
stanę zatrzymany przez żołnierzy i przetrzymany przez noc i wiele
moich artykułów nie zostanie opublikowanych w USA z powodu obaw przed
reakcją Chin. Ale jeślibym miał zrobić to jeszcze raz, jest tylko
jedna rzecz, którą zrobiłbym inaczej - nie byłbym tak ostrożny w opi-
sywaniu zniszczenia środowiska przyrody tybetańskiej. Ale wtedy bałem
się, że następnym razem mogę nie zostać wpuszczony do Tybetu. Teraz
pragnę opowiedzieć całą tę historię.

Przed rokiem 1981 odległe części Tybetu były okryte mgłą tajemnicy.
Wszystko, co współcześni przyrodnicy wiedzieli o tej krainie, pocho-
dziło co najmniej sprzed trzydziestu lat. "Nigdy nie widziałem tak
wielu różnych gatunków ptaków w jednym miejscu", napisał brytyjski
badacz Kingdon Ward w roku 192O. "Jest to jeden wielki ogród zoolo-
giczny", pisał Joseph Rock w "National Geographic" z roku 193O,
"gdziekolwiek nie spojrzałem, widziałem dzikie zwierzęta pasące się
spokojnie". W latach trzydziestych niemiecki podróżnik Dalgleish
widział stado złożone z dziesięciu tysięcy chiru - rzadkiej antylopy
tybetańskiej. W latach czterdziestych Leonard Clark pisał: "Niemal
w każdej minucie spotykaliśmy niedźwiedzia lub polującego wilka, stada
jeleni piżmowych, kyangów, gazeli, wielkorogich owiec lub lisów. By-
liśmy chyba w największym z jeszcze istniejących ostępów zwierzyny".

To było to, co spodziewałem się zastać w Tybecie. Za bardzo wygóro-
waną opłatą - pięćdziesiąt tysięcy dolarów za oprowadzenie kilku
przyrodników po górach Anye Machin w północno-wschodnim Tybecie - nasi
chińscy gospodarze obiecali nam "świat rzadkich ptaków i zwierząt,
lasy dziewicze, w których żyją jelenie, gepardy i niedźwiedzie, stepy
w pobliżu granicy śniegu, na których żyją stada gazeli, dzikie osły
i jelenie piżmowe".

Przeszliśmy około stu mil w ciągu trzech tygodni - nie zobaczyliśmy
niemal niczego. Dzikie zwierzęta zniknęły.

W tym samym roku znalazłem się w Tybecie jeszcze raz, na
tybetańskiej stronie Mount Everestu. Przejechałem tysiące mil bocznymi
drogami, nie widząc ani jednego z wielkich ssaków. Pema Gyalpo, która
rok wcześniej była tu z wyprawą i przeszła około ośmiu tysięcy mil,
również nie widziała żadnych niemal dzikich zwierząt. Odwiedziła rząd
Tybetu na wygnaniu w Dharmasala (Indie), którego szefem jest jej brat,
Dalaj Lama. "Dawniej w czasie długich podróży widziało się więcej
gazeli, jelemi i antylop niż ludzi. Dzisiaj, w ciągu trzymiesięcznej
podróży po Tybecie, nie widzieliśmy żadnego z tych zwierząt",
napisała.

W roku 195O maoistowska Ludowa Armia Wyzwolenia dokonała inwazji na
Tybet. Po dziewięciu latach, gdy Chiń#zycy nie dotrzymali obietnic
wolności religijnej i osobistej, Tybetańczycy zbuntowali się. Powsta-
nie zostało brutalnie stłumione, a Dalaj Lama uciekł do Indii. Około
osiemdziesięciu tysięcy Tybetańczyków poniosło śmierć w wyniku działań
wojennych, a około 1,2 miliona zginęło z rąk żołnierzy chińskich,
więzienia i głodu. Liczba ta stanowi wprawdzie tylko mały ułamek
z trzydziestu pięciu milionów ofiar czterdziestoletnich rządów Mao
w Chinach, ale jest to jedna piąta ludności Tybetu. W ciągu dziesięciu
lat zniszczono ponad sześć tysięcy klasztorów, świątyń i innych
zabytków historycznych. Aleksander Sołżenicyn nazwał rządy chińskie
w Tybecie "bardziej nieludzkimi i brutalnymi niż jakikolwiek rząd
komunistyczny na świecie".

Przed przybyciem Chińczyków Tybetańczycy mieli swój własny język,
religię, system monetarny i pocztowy oraz rząd. Mieli również naj-
bardziej na świecie skuteczny system ochrony środowiska. Nie było tu
parków i rezerwatów w zachodnim sensie. Prawna ochrona środowiska
naturalnego nie była konieczna w kraju, gdzie dominował związany
z buddyzmem szacunek dla wszystkiego, co żyje.

Tybetański buddyzm w zasadzie zabrania zabijania zwierząt. Dzieci
od urodzenia są wychowywane w poszanowaniu wszystkiego, co żyje.
Heinrich Harrier w swym klasycznym dziele "Siedem lat w Tybecie"
opisuje trudności, jakie napotykał podczas pracy nad kopaniem rowów
przeciwpowodziowych wokół Lhasy. "Co chwila przerywano pracę,
napotkanie jakiegoś robaczka na łopacie witano okrzykiem, po czym
przenoszono stworzonko w bezpieczne miejsce".

Tybetańska kultura jest przesycona etyką buddyzmu. "Nigdy nie
spotkałem mniej nienawiści, zazdrości, zła i nieprzychylności", pisał
Hugh Richardson, który w latach czterdziestych pełnił funkcję
przedstawiciela handlowego Indii Brytyjskich w Tybecie. "System
tybetański wychowuje ludzi panujących nad sobą, inteligentnych, często
wykształconych, zdolnych, bezpretensjonalnych, godnych, ludzkich
i przyjacielskich. Większość z nich dokłada wszelkich starań, by żyć
w zgodzie z naturą, a nie przeciw niej".

Chińska inwazja na Tybet w roku 195O, podjęta pod fałszywym pre-
tekstem przywracania historycznych granic Chinom, była spełnieniem
dawnych marzeń Chińczyków o uzyskaniu kontroli nad Tybetem i jego
naturalnymi dobrami. Chińczycy nazywają Tybet Xizang, co znaczy
"Zachodni Dom Skarbów", a nazwa ta powstała pod wpływem starożytnych
mitów o bogactwach Tybetu - miało tam być między innymi złoto. Chińska
penetracja tego regionu zaczęła się już na przełomie XIX i XX wieku,
kiedy to chińscy osadnicy zaczęli wyrąbywać lasy w nadgranicznych
rejonach. Około roku 191O Chińczycy zaczęli zakładać na terenach
przygranicznych szkoły, w których zabroniona była nauka języka i zwy-
czajów tybetańskich. W roku 1911 Tybet wydalił wszystkich Chińczyków
ze swego kraju i na blisko czterdzieści lat stał się wolnym krajem.

Po inwazji Chiny zaczęły "wyzwalać" Tybet przez systematyczne
niszczenie kultury tego kraju. Chłopi byli zmuszani do kolektywizacji
i uprawiania ozimej pszenicy zamiast tradycyjnego jęczmienia. Przez
kilka lat plony były znaczne, ale potem nastąpiło wyjałowienie ziemi
i katastrofalny spadek zbiorów. Na domiar złego Chińczycy większą
część zboża sprowadzali z Tybetu do Chin, by wyżywić swoją ludność po
roku 1959, kiedy to ZSRR przestał sprzedawać zboże do Chin na skutek
zerwania stosunków. W Tybecie zapanował głód, po raz pierwszy w
historii, i trwał aż do roku 1963. Drugi okres głodu wystąpił w latach
1968 - 1973.

Najeźdźcy zrobili sobie sport z polowań na dzikie zwierzęta.
Dhondub Choedon, Tybetańczyk przebywający na wygnaniu w Indiach, pisał
w roku 1973 : "chińscy żołnierze organizują polowania z użyciem broni
maszynowej. Ciężarówkami wywożą mięso, wywożą też piżmo i futra do
Chin". Pastwiska dzikich zwierząt zostały wkrótce zniszczone, gdy
Chińczycy zmusili wędrowne plemiona do prowadzenia hodowli bydła na
eksport, a nie tylko na swoje potrzeby. Tybetańczycy, także dzieci,
byli zmuszani do zabijania "niepotrzebnych zwierząt", takich jak psy,
uważane za "pasożyty", jak krety, które niszczą uprawy, i inne gryzo-
nie, które żywią sie zbożem, a więc konkurują z człowiekiem. Dzieciom
wyznaczano pewne ilości zwierząt do zabicia, a niewywiązanie się
z tego było karane biciem lub w inny sposób.

Moje pierwsze próby oszacowania stanu środowiska naturalnego w Ty-
becie skończyły się niepowodzeniem. Chińscy urzędnicy albo odmawiali
pokazania mi danych statystycznych, albo tłumacze przerywali pracę,
gdy wyczuwali, do czego zmierzam. Szybko doszedłem do wniosku, że
jeśli zainteresuję się wydajnością gospodarki pod panowaniem komunis-
tów, będę mógł wyciągnąć z tych danych interesujące mnie wnioski.
Sekretarz partii w biednym okręgu w górach Amdo z dumą przedstawił mi
dane, które potwierdziły moje najgorsze przypuszczenia co do rozmiarów
zniszczenia środowiska.

"Przed wprowadzeniem ustroju komunistycznego byłu tu tylko siedem
tysięcy zwierząt, a teraz, na tych samych siedmiuset kilometrach kwa-
dratowych, żyje siedemdziesiąt tysięcy jaków i owiec. Od roku 1979
wiele rodzin ma również swe własne zwierzęta. Ludzie zarabiają bardzo
dobrze - trzydzieści do czterdziestu yuanów miesięcznie (osiemnaście
do dwudziestu czterech dolarów), a dzięki sprzedaży swych własnych
produktów mogą osiągnąć dodatkowo około stu yuanów".

Sekretarz dodał, że duża część tych dodatkowych dochodów pochodzi
z zabijania dzikich jeleni piżmowych. Pytany o to jawne pogwałcenie
praw chińskich, powiedział, że można starać się o specjalne zezwole-
nie, które dostaje się bez trudności.

"A co się stanie, jeśli ktoś zabije jelenia nielegalnie", spytałem.
Takie wykroczenie jest karane dużą grzywną, odpowiedział, po czym
dodał, że nie przypomina sobie, kiedy ostatni raz ukarano kogoś w ten
sposób. Okazało się, że w ciągu ostatnich lat nie ukarano nikogo za
kłusownictwo, ale kilka osób zapłaciło mandaty (po piętnaście yuanów)
za skóry śnieżnego lamparta, który, zgodnie z międzynarodowymi ustale-
niami, jest w Chinach objęty oficjalną ochroną jako gatunek ginący.
Zapłacono również wiele niewielkich grzywien za skóry wilków.

Przy końcu moich dwu pierwszych podróży wziąłem udział, wraz z na-
ukowcami, którzy podróżowali razem ze mną, w konferencji prasowej
w Pekinie. Przedstawiliśmy poznane fakty reporterom. "Dzikie zwierzęta
w tym regionie zostały zniszczone", powiedział Rodney Jackson, którego
badania nad śnieżnymi lampartami są przedstawione w czerwcowym numerze
"National Geographic" z roku 1986. "Udaliśmy się do Tybetu z powodu
niedokładnych informacji o środowisku naturalnym w tym rejonie, jakich
mogli udzielić Chińczycy. Taki stosunek Chińczyków do środowiska natu-
ralnego może wpłynąć na zniszczenie przyjaźni między Chinami a innymi
narodami, jeśli sytuacja się nie zmieni".

Szef biura prasowego agencji Associated Press domagał się wyłącz-
ności w publikowaniu naszych materiałów i obiecał przysłać kopię
artykułu. Jednak materiały te nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Korespondent AP w USA powiedział mi później, że nie można było publi-
kować materiałów stawiających Chiny w jednoznacznie negatywnym świetle
z powodu interesów pekińskiego biura prasowego AP. Jackson proponował
swoje materiały różnym organizacjom amerykańskim zajmującym się finan-
sowaniem wypraw badawczych do Chin, ale żadna z nich nie chciała
tego opublikować. Jackson odkrył, że krytyczny stosunek do Chin jest
niedopuszczalny w tych kręgach, a jeśli nie zaprzestanie działań mogą-
cych zagrozić dobrym stosunkom tych organizacji z Chinami, jego
badania przestaną być finansowane.

Po powrocie do kraju moje propozycje napisania artykułu o trudnoś-
ciach, jakie napotykają badacze przyrody i o zniszczeniu środowiska
naturalnego w Tybecie nie spotkały się z zainteresowaniem. Spytałem
wydawców, dlaczego tak jest - odpowiedzieli, że czytelnicy oczekują
historii sensacyjnych, a ponadto Chiny są krajem zaprzyjaźnionym...
Nie powiedziano tylko jednego - że chodzi o utrzymanie możliwości
dostępu prasy do Chin. Zobaczyłem więc, jak Chińczycy mogą cenzurować
prasę amerykańską z takim samym niemal sukcesem, jak swoją własną.

Mój pierwszy większy artykuł pojawił się w lutowym numerze "Natio-
nal Geopgraphic" w 1982 roku. Chciałem skupić się nad fałszywymi
obietnicami o ochronie przyrody w Tybecie, ale nie miałem zdjęć
psujących do takiego tematu. Nie miałem dokumentów świadczących o za-
bijaniu zwierząt, z wyjątkiem fotografii Rodneya Jasksona oglądającego
skórę śnieżnego lamparta wiszącą na murze. Zgodziłem się ze zdanuem
wydawcy, że zdjęcia pustych równin nie tylko dowodzą braku zwierząt,
ale są nudne. Głównym tematem artykułu uczyniłem więc "Nomadów w Za-
chodnich Chinach" i opisałem zwyczaje i kulturę tego uzbrojonego
i zadziwiająco niezależnego plemienia tybetańskiego, zwanego Golokami.
Udało mi się zresztą zamieścić jedną fotografię z podpisem nawiązują-
cym do stanu środowiska naturalnego.

Pod zdjęciem przedstawiającym zniszczoną nadmiernym wypasaniem
bydła równinę napisałem coś o niebieskich owcach, gazelach, niedźwie-
dziach, wilkach i jeleniach - o obfitości zwierząt, które miałem
nadzieję zobaczyć, zgodnie z obietnicami Chińczyków, jak również o ol-
brzymich lasach. A tak naprawdę - nie spotkaliśmy niemal żadnych
zwierząt i żadnych lasów.

Po ukazaniu się artykułu chińska ambasada złożyła formalny protest:
zostałem uznanym winnym politycznego aktu, który zagraża przyjaźni
chińsko-amerykańskiej. Ponieważ zamierzałem w następnym roku udać się
do Chin z pierwszą amerykańska ekspedycją górską na zachodni stok
Mount Everestu, zadośćuczyniłem żądaniom Chińczyków i napisałem list,
w którym samokrytycznie oceniłem swój artykuł. Zobaczyłem, jak nie-
mądrze postąpiłem - jeśli mam zamiar udać się jeszcze kiedyś do Chin,
powinienem trzymać język za zębami.

Przez następne sześć lat moje artykuły pisałem z rozdwojeniem
jaźni. W książce "Góry Średniego Królestwa" napisałem całą prawdę, ale
w czasopismach, które mogły dotrzeć do Pekinu, unikałem wszelkich
uwag, które mogły być uznane za niepożądane.

Pomimo takiej samokontroli znów naraziłem się na gniew Chińczyków.
W "National Geographic" z roku 1988 opisałem tybetańską stronę propo-
nowanego nepalsko-chińskiego parku narodowego otaczającego Mount
Everest. Byłem w tych rejonach z moją żoną Barbarą i przedstawicielami
Instytutu Leśnych Terenów Górskich z West Virginia, który miał współ-
pracować z Chinami i Nepalem dla stworzenia tego parku. Gdy opusz-
czaliśmy USA w maju 1988, powiedziano nam, że spodziewana jest lada
dzień zgoda Chin na założenie tego parku.

W ciągu trzech tygodni wyprawy towarzyszył nam Yin Binggao, dyrek-
tor lasów Tybetu, wraz z kilku współpracownikami. Pomimo wysokości, na
jakiej położony jest Tybet, w części południowo-wschodniej i wzdłuż
granicy z Nepalem, gdzie jest wiele dolin rzecznych, występują deszcze
monsunowe.

Jedna z takich dolin rzecznych znajduje się na wschodniej stronie
Mount Everestu. Podczas gdy reszta osób z mojej grupy pozostała
w obozie położonym na wysokości przeszło czterech tysięcy metrów,
ja przeszedłem przez wysoko położoną przełęcz i wspiąłem się do
baśniowej Doliny Kwiatów, odkrytej przez pierwszą brytyjską ekspedycję
na Mount Everest w roku 1921. Tutaj, wśród dwudziestu kolorów rodo-
dendronów, ze zdumieniem zobaczyłem tysiące drwali ścinających drzewa.
Zrobiłem zdjęcie grupie kobiet tybetańskich przenoszących ścięte drze-
wa przez przełęcz i przechodzących przez nasz obóz. To wycinanie drzew
zorganizowane przez miejscowe władze, było masowe, stosy ściętego
drewna tworzyły całe rzędy w dolinie.

Yin Binggao powiedział, że nic mu nie było wiadomo o tych działa-
niach. Sugerował, że to Tybetańczycy ścinają drzewo dla własnych
potrzeb. Następnego dnia zobaczyliśmy we wsi Kartha chińskie ciężarów-
ki wyładowane tym samym drewnem, jadące przez bezleśną równinę w stro-
nę miast na północy. Tam z inicjatywy chińskich urzędników lub miesz-
kańców powstają nowe budowle. Zakłopotany Yin Binggao obiecał złożyć
w tej sprawie raport dla wydziału zajmującego się sprawami lasów.
Później dowiedziałem się, że najbliższe biuro zajmujące się tymi
sprawami jest w Shigatse - setki mil od jakiegokolwiek lasu.

Cały wydział zajmujący się sprawami lasów w Tybecie zatrudnia tylko
trzynaście osób. Zgodnie z oficjalnymi danymi, od roku 1959 uzyskano
pięćdziesiąt miliardów dolarów za drzewa ścięte w granicach dawnego
Tybetu. Tybetańczycy nie używają zbyt wiele drewna na opał czy do
budowy domów, tak że większość była przeznaczona dla Chin. Niszczenia
lasów dokonywano przy użyciu przymusowej siły roboczej - tysięcy
więźniów tybetańskich w południowo-wschodniej części kraju. W Amdo
od roku 1955 ścięto około pięćdziesięciu milionów drzew i według
danych Dalaj Lamy ogołocono z lasów około 7O % powierzchni. Około 7O
tysięcy chińskich robotników przybyło w te rejony dobrowolnie lub pod
przymusem w celu dokonania wyrębu lasu.

Mój kolega znający nepalską część Mount Everestu, podobnie jak
i ja, doszliśmy do jednakowego wniosku: środowisko przyrodnicze po obu
stronach tej góry zostało zniszczone. Źaden rząd nie wspominał już
o planach utworzenia parku, choć Nepal utrzymywał jeszcze nadal park
Sagarmatha w części proponowanego terenu.

Doszedłem więc do wniosku, że nie mogę dłużej stać obok i patrzeć
na niszczenie efektów mej pracy.

"National Geographic" oczekiwało sensacyjnych materiałów i opubli-
kowało artykuł pod tytułem "Ciężkie ręce nad Ziemią" - jako spis
zniszczeń w świecie zwierząt i roślin w tych nie mających głosu
górach. Wkrótce po publikacji Instytut Lasów poinformował mnie, że
według oświadczenia rządu chińskiego mój artykuł jest niezgodny
z prawdą. Twierdziłem, że park nie zostanie utworzony w najbliższej
przyszłości, a Instytut przekazał do "National Geographic" dokument
świadczący o czymś innym

W okrągłych zdaniach chińscy urzędnicy oświadczali, że intencją
rządu jest dalsze postępowanie mające na celu utworzenie w pobliżu
Mount Everestu rezerwatu. Byłem zdziwiony, gdyż brałem udział w spot-
kaniu z wysokimi urzędnikami rządu tybetańskiego, którzy odmówili
podpisania odpowiedniego dokumentu. Przeglądając obecny dokument,
stwierdziłem, że ich nazwisk rzeczywiście nie ma - dokument był pod-
pisany przez Yin Binggao. A decyzja utworzenia rezerwatu pozostała na
papierze.

Ale to jeszcze nie koniec. Już po powrocie do USA dowiedziałem się,
że zostałem oskarżony i osądzony zaocznie za "ingerencję w sprawy
Chin". W czasie mej podróży dałem zdjęcie Dalaj Lamy wodzowi rodziny
koczowników, która gościła nas przez trzy dni i pozwoliła na robienie
zdjęć podczas ich codziennych zajęć. Według chińskiego oświadczenia,
było to równoznaczne z "ingerencją w wewnętrzne sprawy Chin i udziele-
niem poparcia separatystom spod znaku Dalaj Lamy".

Zgodnie z nabytym już doświadczeniem napisałem list do ambasady
chińskiej wyjaśniając, że nie kierowałem się żadnymi pobudkami poli-
tycznymi dając to zdjęcie i przepraszając za kłopoty, które ten mój
gest mógł spowodować. Był to po prostu prezent, wyjaśniałem, dla
człowieka, który ugościł mnie w swym domu i pozwolił na fotografowanie
swej rodziny. Po wysłaniu tego listu poczułem się jednak w jakiś
sposób upokorzony, czułem, że poszedłem na kompromis większy niż
kiedykolwiek. Przysiągłem sobie, że bez względu na konsekwencje nie
mogę już dłużej stać z boku i patrzeć, jak moja praca idzie na marne.

Od czasu mej ostatniej podróży do Tybetu w roku 1988 wiele się
zmieniło. Jest jeszcze mniej dzikich zwierząt i drzew, więcej więźniów
i obietnic na papierze, ale wciąż nie ma ani parków, ani postępu w
dziedzinie ochrony środowiska. Pokojowe demonstracje w Lhasie w 1987
roku, domagające się niezależności dla Tybetu zamieniły się w rozruchy

po ataku żołnierzy chińskich na nieuzbrojony tłum oraz po zabiciu
mnichów i mniszek buddyjskich. Obserwatorzy szacują, że co najmniej
sześciuset Tybetańczyków zostało zabitych, a wielu dostało się do
więzień i było torturowanych. Rząd chiński wprowadził stan wojenny
w Tybecie w marcu 1989 roku (stan wojenny odwołano dopiero w maju 199O
r. - AISW). Trzy miesiące później ten sam rząd dokonał masakry na
placu Tiananmen. A w grudniu 1989 roku Dalaj Lama dostał pokojową na-
grodę Nobla.

Najdziwniejsze przejawy ideologii chińskiej, takie jak nakaz zabi-
jania "niepotrzebnych" zwierząt, zniknęły. Pozostała jednak dominacja
Chin nad Tybetem, przejawiająca się w brutalnym ucisku politycznym. Po
zniszczeniu tybetańskiego świata roślin i zwierząt, Chińczycy zaczęli
wydobywać surowce - między innymi złoto i uran. Na Wyżynie Tybetań-
skiej powstały bazy pocisków nuklearnych, mówi się też o planach
składowania odpadów jądrowych z Chin, a także Europy Zachodniej, na
terenie Tybetu.

Pomimo uwagi świata zwróconej na Tybet w zeszłym roku, żaden kraj
nie poparł dążeń Tybetu do odzyskania niepodległości, w obawie przed
"urażeniem" Chin. Przed decyzją Komitetu Ngrody Nobla o przyznaniu tej
nagrody Dalaj Lamie Chińczycy starali się maksymalnie utrudnić udzie-
lanie pomocy wygnanemu przywódcy przez jakikolwiek kraj. Rząd chiński
zagroził nawet Norwegii zerwaniem stosunków gospodarczych, jeśli król
będzie obecny na uroczystości wręczenia nagrody. Pomimo iż kongres
amerykański potępił Chiny za sposób traktowania Tybetu, prezydent Bush
odmówił spotkania się z Dalaj Lamą, a zamiast tego wysłał tajną misję
do Chin. Do dzisiejszego dnia żaden prezydent USA nie spotkał się
oficjalnie z wygnanym przywódcą państwa tybetańskiego.

W maju 1989 roku pojechałem do Dharmasala w towarzystwie żony, by
spotkać się z Dalaj Lamą i pomówić o książce, którą wspólnie przygoto-
wujemy - "Mój Tybet", i która zostanie wydana w końcu roku 199O przez
wydawnictwo uniwersytetu kalifornijskiego. Po kilku godzinach rozmowy
o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości tybetańskiej przyrody
przekonaliśmy się, że jest on głęboko zaangażowany w problemy swego
kraju, dobrze zna jego przyrodę , a równocześnie jest pełen optymizmu
co do przyszłości. Dalaj Lama jest przekonany, że za każdym złym
wydarzeniem kryje się coś, co może okazać się dobre. Przy odpowiednim
podejściu do rzeczy, twierdzi, nasz najgorszy wróg pomaga nam stać się
mądrzejszym i silniejszym. Pomimo tragicznej sytuacji swego kraju
Dalaj Lama nie wyraża zgody na zbrojne powstanie. Jest pewien, że
Tybet uwolni się od okupacji chińskiej i będzie bardziej zjednoczony
niż dawniej.

Nie zdziwiliśmy się, gdy w kilka miesięcy później Komitet Nagrody
Nobla podkreślił stosunek Dalaj Lamy do spraw środowiska naturalnego -
jest to pierwsza uwaga tego komitetu odnosząca się do kryzysu ekolo-
gicznego. Oglądając niektóre moje zdjęcia dotyczące ostatnich zacho-
wanych zwierząt i roślin tybetańskich, które zamierzam umieścić
w książce, Dalaj Lama przypomniał sposób, w jaki odnosili się do
przyrody Tybetańczycy. "Jakieś ślady tego stosunku pozostały w Tybecie
do dnia dzisiejszego", powiedział mi, "i mamy nadzieję, że w przysz-
łości uda się odbudować takie właśnie podejście do wszystkiego, co
żywe".

Galen Rowell

/"Greenpeace" 15(2), marzec-kwiecień 199O/

____________________________

KOPALNIE W ŚWIĘTYCH MIEJSCACH TYBETU

Wzgórze położone za sławną świątynią Trachen-Ma w Rivoche, wiosce
we wschodniej części Tybetu, jest uważane za świętą ziemię przez
tybetańskich buddystów. Równocześnie znajduje się tam uran, surowiec
pożądany przez Chińczyków dla celów militarnych. Gdy zaczęto tu prace
górnicze, przywódcy tybetańscy złożyli protest w Pekinie. Po zignoro-
waniu ich żądań zaczęły się rozruchy.

W trakcie tych wydarzeń zostały podpalone dwa "gaziki", chińscy
żołnierze otoczyli wioskę Rivoche i zabrali jej mieszkańców na
przesłuchania. Los ich jest nieznany.

Historia wioski Rivoche jest jedną z bardziej znanych spraw związa-
nych ze starciami chińsko-tybetańskimi dotyczącymi zasobów naturalnych
tego regionu. Gdy niszczenie lasów i polowania doprowadziły do wynisz-
czenia ekologicznego terenów leśnych, okupanci Tybetu zaczęli szukać
skarbów pod ziemią - chodziło im o złoto i inne wartościowe minerały.
Około sześćdziesięciu tysięcy chińskich poszukiwaczy złota przybyło do
Quinghai, jak nazwano tybetańską prowincję Amdo, zmuszając do odejś-
cia siedemnaście tysięcy wędrownych plemion pasterskich i niszcząc
wielkie połacie trawiastych przestrzeni.

Chińczycy zaczęli również wydobywać tybetański węgiel i boraks,
oraz tzw. surowce strategiczne: żelazo, miedź, lit i wolfram. Wiele
tych prac miało powiązania z armią. W północno-wschodniej prowincji
Amdo Chiny zbudowały podziemne laboratorium do badań jądrowych i zało-
żyły prawdopodobnie pięć baz pocisków, w których znajdować się może
siedemdziesiąt pocisków średniego zasięgu, dwadzieścia większego
i osiem o zasięgu międzykontynentalnym. Piętnaście dywizji chińskich
stale przebywa na terenie zwanym teraz "Autonomicznym Rejonem Tybetu"
- jest to mniej więcej jeden żołnierz na każdych dziesięciu Tybetań-
czyków.

____________________________________

DALAJ LAMA O ŚRODOWISKU NATURALNYM

Jak wiemy, pokój i przetrwanie życia na ziemi jest zagrożone przez
działalność ludzi, którzy nie mają poszanowania dla wartości humanis-
cznych. Zniszczenie przyrody i zasobów naturalnych jest przejawem
ignorancji, bezrozumnej złości i braku szacunku dla życia na Ziemi.

Nasi przodkowie widzieli Ziemię jako miejsce bogate i pełne wszela-
kiego dobra. Wielu ludziom wydawało się również, że bogactwa Ziemi są
niewyczerpane, a my wiemy, że tak może być tylko wtedy, gdy będziemy
je szanować i troszczyć się o nie.

Nie jest trudne wybaczenie zniszczeń mających miejsce w przeszłoś-
ci, gdyż pochodziły przeważnie z niewiedzy, jednakże dziś dysponujemy
większą ilością informacji i powinniśmy dokonać oszacowania naszego
dziedzictwa, za które jesteśmy odpowiedzialni i które powinniśmy prze-
kazać następnym generacjom.

Nasze pokolenie ma wiele danych ku temu, by stać się mądrzejszym
i więcej wiedzącym niż jakiekolwiek poprzednie. Możliwa jest informa-
cja obejmująca cały świat, a jednakże różnego rodzaju konfrontacje są
częstsze niż pokojowy dialog.

Wszystkie współczesne cuda techniki i nauki są jednak bezsilne
wobec wielu tragicznych spraw, takich jak głód w różnych częściach
świata i niszczenie przyrody w innych. Wiele roślin i zwierząt, które
są obecnie rzadkie, może nie przetrwać dla przyszłych pokoleń. Mamy
możliwości by temu zapobiec i jesteśmy za to odpowiedzialni. Musimy
zacząć działać, zanim będzie za późno.

Galen Rowell

/"Greenpeace" 15(2), marzec-kwiecień 199O/

----------------------------------------------------------------------
T. Czech

KONFLIKT LIBAŃSKI - PRÓBA OPISU

Na początku lutego 199O roku we wschodnim Bejrucie wybuchły walki
pomiędzy sojuszniczymi ugrupowaniami chrześcijańskimi Michaela Aouna i
Samira Dżadży. Zaczął się kolejny etap tragedii pogrążonego w chaosie
Libanu. Świat przywykł już do strzałów w Bejrucie; obrazy płonącego
miasta, zdjęcia uchodźców, ofiar bombardowań od lat nie schodzą
z ekranów telewizyjnych. Wszyscy strzelają do wszystkich. Skłębiony
galimatias przeróżnych partii, milicji, organizacji mordujących się
nawzajem nie skłania do optymizmu. Myli się jednak ten, kto sądzi że
nie ma w tym wszystkim swoistego ładu a nawet logiki.

Tracący swoje kolejne ufortyfikowane pozycje przywódca milicji
chrześcijańskiej S.Dżadża, poprosił o pomoc oddziały wierne prosyryjs-
kiemu prezydentowi Libanu.

Tak oto na arenie ukazał się główny koryfeusz dramatu libańskiego -
Syria. Złowrogi cień Damaszku dyskretnie lub jawnie towarzyszył więk-
szości mordów i walk od 1975 r. Liban na swoje nieszczęście stanął na
drodze realizacji snów totalitarnego dyktatora, Ceausescu Bliskiego
Wschodu - prezydetnta Syrii Hafeza al-Assada.

Postać ta nie bez racji uchodzi w świecie polityki za mistrza sza-
chów. Rozgrywka szachowa, w uproszczeniu, polega na zwyciężeniu prze-
ciwnika w szeregu przemyślanych ruchów, przy jednoczesnym stosowaniu
umiejętnej obrony, by samemu nie zostać pokonanym. Czas w tej grze
jest rzeczą drugoplanową, liczy się wyłącznie sukces.

Jak każdy prawdziwy szachista Hafez al-Assad nie gra dla remisu,
interesuje go tylko zwycięstwo. Prezydent kolejnymi ruchami na sza-
chownicy ułożonej z ludzkiego cierpienia dążył do celu.

Assad pochodzi z Alawitów - sekty religijnej wywodzącej się z isla-
mu szyickiego. Alawici są mniejszością w społeczeństwie syryjskim,
stanowią ok. 11% całej populacji. Prezydent obsadził nimi administrac-
ję, policję i wojsko. Protestujący przedstawiciele większości sunnic-
kiej poszli do więzień, bądź zginęli w egzekucjach.

Po ugruntowaniu władzy rodzinno - lewicowo - alawickiej kliki,
"mistrz szachów" przystąpił do walki o panowanie na Bliskim Wschodzie.
Ideą przewodnią Hafeza al-Assada stała się "Wielka Syria" - koncepcja
zjednoczenia politycznego Syrii właściwej, Libanu i Palestyny pod wo-
dzą Damaszku.

Ambitna Syria stała się naturalną przeciwwagą dla prozachodniego
i demokratycznego Izraela. Wykorzystał to Związek Radziecki, obficie
zaopatrując syryjskie siły zbrojne, szkoląc żołnierzy i oficerów, or-
ganizując wraz z NRD, Bułgarią i innymi państwami obozy instruktażowe
dla policji politycznej i terrorystów. Syria rządzona przez lewicowo
muzułmańskich fanatyków została przeobrażona w radziecką bazę wojenną.

Armia syryjska, posiadająca więcej czołgów niż Francja, mogła
wreszcie spełnić rolę miecza Damoklesa, wiszącego nad Bliskim Wschodem.

*

W żydowski Dzień Odkupienia - Yom Kippur - 6 paździenika 1973 r.,
potężne siły syryjskie z ok. 1 tys. czołgów wdarły się w głąb pozycji
izraelskich na Wzgórzach Golan. Z południa ruszyła na Izrael armia
proradzieckiego, sfederowanego z Syrią Egiptu. Damaszek, Moskwa i Kair
zrewanżowały się za kompromitującą klęskę w 1967 r. Również i tym ra-
zem Arabowie nie mieli szczęścia, już 8 października wojska syryjskie
walczyły w odwrocie. Izrael kontratakował. 1O października Syria była
faktycznie pokonana, straciła około 9OO czołgów. Walka z Egiptem na
Synaju trwała dłużej, choć zakończyła się podobnym rezultatem. Tak
prysnęły sny o "wyzwoleniu" Palestyny w ramach "Wielkiej Syrii". Hafez
al-Assad postanowił spróbować ze słabszym przeciwnikiem, dla blisko-
wschodnich szachów otwierał się nowy etap. Wkrótce oddziały syryjskie
najechały Liban, pretekstem był wybuch wojny domowej 1975 r. Syria
miała przywrócić porządek i ład, rozdzielić walczących oraz zapewnić
pokój.

*

W czerwcu 1982 r. armia izraelska najechała Liban. Podczas operacji
"Pokój w Galilei" rozgromiła siły OWP w południowej i centralnej częś-
ci kraju, zmusiła Fatah oraz samego Arafata do opuszczenia Zachodniego
Bejrutu, pokonała Syryjczyków i zepchnęła ich do Doliny Bekaa.

Na południu powstała buforowa strefa bezpieczeństwa okupowana przez
Izrael, ale posiadająca też własne wojsko - Armię Południowego Libanu,
rekrutującą się tak z chrześcijan, jak i muzułmanów.

W odpowiedzi na atak Izraela, fundamentaliści szyiccy utworzyli or-
ganizację Hezbollah. Rok 1983 przyniósł bunt w szeregach Fatah, Syria
poparła rebeliantów dowodzonych przez Abu Mussę. Wierna Arafatowi
część oddziałów została rozgromiona.

Historyczny sojusz Fatah - Syria skończył się, kilka tysięcy człon-
ków Fatah i sympatyzującej z Palestyńczykami syryjskiej organizacji
Tawhid poszło do więzień.

Wszystko to chwilowo oddaliło problem enklawy chrześcijańskiej na
dalszy plan. Jednak po wycofaniu wojsk izraelskich do strefy bezpie-
czeństwa, maronicki Liban znów stał się dla Syrii wrogiem nr 1.

W takiej sytuacji politycznej pojawił się "wódz" chrześcijan gen.
Michael Aoun. Jest on kimś w rodzaju dyktatora wojskowego, sprawują-
cego władzę nad państwem w stanie nieprzerwanej wojny. Nominalnie,
najwyższy dowódca armii libańskiej, faktycznie dowodzi pięcioma z jej
dziesięciu brygad, które nie rozsypały się lub nie przeszły na stronę
Syrii. Generał stał się symbolem oporu Wschodniego Bejrutu i całej
enklawy - tej resztki normalności w zrujnowanym kraju. M. Aoun nie ak-
ceptuje żadnego kompromisu z Syrią, nie uznaje okupacji pod jakąkol-
wiek postacią. Obok Izraela przywódca chrześcijan jest najpoważniejszą
przeszkodą dla assadowskiej "Wielkiej Syrii". Kwaterując w bunkrze,
dziś kompletnie zniszczonego pałacu prezydenckiego, nadal walczy. Kto
wie jak długo - bez znaczącej pomocy państw Zachodu, przeciw uzbro-
jonej po zęby przez Układ Warszawski Syrii.

*

Hafez al-Assad i Michael Aoun zasiadają po przeciwnych stronach
szachowego stolika, zwanego niegdyś malowniczao Krajem Cedrów. Obydwaj
nie dopuszczają kompromisu. Aoun walczy o nieograniczoną niepodległość
Libanu, Assad o jej ostateczne zniszczenie. Liczą się tylko ci dwaj,
pozostałe grupy i organizacje to nieistotna otoczka. Niezłomny Libań-
czyk i prezydent jednego z najbardziej bandyckich państw na świecie
grają jednak o różne stawki - M. Aoun o istnienie, H. Assad o panowa-
nie. To co dla pierwszego jest walką na śmierć i życie, dla drugiego
tylko serią posunięć w rozgrywce o dominację na Bliskim Wschodzie,
o realizację utopii politycznej zwanej "Wielką Syrią".

*

Wojna libańska to przede wszystkim nieustająca bitwa o Bejrut.
W tej części pola szachownicy Assad rozgrywa wieloma pionkami. Gdyby
ustawić je według znaczenia i ich roli w bitwie, układa się następu-
jąca lista:

- Siły syryjskie stacjonujące w Zachodnim Bejrucie, ok. 8-9 tys.
oraz ok. 1OO czołgów w rejonie miasta.

- 6 brygada Armii Libańskiej złożona z szyitów - ok. 5 tys. żołnie-
rzy.

- Hezbollah z 1 tys. uzbrojonych ludzi w południowej części sektora
muzułmańskiego.

- Amal - ok. 2 tys.

- Drobne siły druzyjskie i sunnickie.

- Artyleria syryjska i druzyjska ostrzeliwująca Bejrut z dużej odleg-
łości spoza miasta.

M.Aoun ma do dyspozycji w stolicy:

- 15 tys. żołnierzy.

- 4O - 5O czołgów.

- 4 tys. milicjantów z libańskich sił chrześcijańskich, dowodzonych
przez Samira Dżadża (ostatnio w konflikcie z gen. Aounem).

Syria posiada dużą przewagę w broni ciężkiej, w tym gł. artylerii.
Bitwa o Bejrut jest bitwą armat. Walczące strony, gł. Syria, stosują
wyniszczający ostrzał dla osłabienia przeciwnika, ataki piechoty nale-
żą do rzadkości.

14 marca 1989 r. Bejrutem wstrząsnęły detonacje. Zrozpaczony gen.
M. Aoun wezwał do wyrzucenia okupantów syryjskich z kraju i rozpoczął
bombardowanie pozycji wroga. Deklarując: Bejrut był już wielokrotnie
niszczony i odbudowywany, odbudujemy go i tym razem rozpoczął "wojnę
wyzwolenczą". Syria odpowiedziała krwawo. Długie miesiące syryjskie
pociski zamieniały Wschodni Bejrut w gruzowisko. Chrześcijańskie arma-
ty odpowiadały rzadziej, bijąc podobnie jak Syryjczycy, druzowie
i szyici, głównie na oślep, gdzie popadnie. Tysiące osób ruszyły na
połud nie, ratując swoje zdrowie i życie. Kierowali się w większości
do najbezpieczniejszego zakątka Libanu - izraelskiej strefy bezpie-
czeństwa, część pozostała na wybrzeżu w rejonie Sydonu i Tyru.

Obecnie walki przygasły, enklawa chrześcijańska przetrwała. Jednak
w przyszłości Syria może powtórzyć krwawą łaźnię. Assad zapowiedział
szturm generalny przed spotkaniem Gorbaczow - Bush na Malcie. Tym ra-
zem skończyło się na pogróżkach, za to w lutym 199O r. rozgorzał kon-
flikt wewnątrz enklawy, pomiędzy armią gen. Aouna a milicją Dżadży.

W ciągu 14 lat walk, z 1,5 miliona mieszkańców stolicy pozostało
2OO tys. Reszta uciekła lub zginęła. Wszystko wskazuje na to, że
liczby te nie wyczerpują rejstru bezdomnych i ofiar bejruckiego
piekła.

*

Scenariusz przewlekłego konfliktu na Bliskim Wschodzie jest jednym
z wariantów walki totalitaryzmu o panowanie. Charakter władzy poli-
tycznej w Syrii najlepiej obrazują wyczyny syryjskich komandosów
w Rumunii. Ci wierni do końca obrońcy N. Ceausescu zdobyli swoje umie-
jętności w sponiewieranym Libanie. Relacje telewizyjne i prasowe, po-
pularyzujące wśród szerokiej opinii publicznej obraz wojny libańskiej
jako bezmyślnej strzelaniny fałszują rzeczywistość.

Mrowie drobnych organizacji nie funkcjonuje samodzielnie. Wszystkie
koncentrują się wokół trzech biegunów, wyznaczających rozwój wypadków
w Libanie.

Pierwszy to okupacyjne wojska syryjskie. Drugi - gen. M.Aoun
i chrześcijańska enklawa. Trzeci - Izrael - utrzymujący strefę bezpie-
czeństwa na południu kraju.

Izrael, poza terenami sąsiadującymi bezpośrednio ze strefą, gdzie
zwalcza Hezbollah i Palestyńczyków, zachowuje się biernie. Obecnie
walka toczy się między Syrią Hafeza al-Assada i Libanem Michaela
Aouna. Od czasu do czasu wybuchają starcia wewnątrz obozu syryjskiego,
np. między Amal i Hezbollah czy chrześcijańskiego (Aoun contra Dża-
dża), są to jednak wojny podrzędne nie naruszające dominującego układu
dwóch (trzech z Izraelem) konkurencyjnych centrów.

Syria, zbrojona i wspomagana przez ZSRR oraz inne państwa Układu
Warszawskiego, w tym Polskę, ma znaczną przewagę nad zapomnianymi
przez Zachód chrześcijanami. Nie należy wykluczać możliwości rozpadu
enklawy, przejścia części sił Aouna na stronę Syrii i wyniszczenia
reszty. Gdyby do tego doszło, świat cywilizowany straciłby jedyny,
poza Izraelem, przyczółek na Bliskim Wschodzie. Bierność Zachodu wobec
tragedii jedynych na świecie naprawdę życzliwych mu Arabów, budzi
niepokój i zastanawia.

Rodząca się demokracja Europy Wschodniej również milczy. Aby nie
oddalać się zbytnio od naszego podwórka warto - może na forum parla-
mentu ? - zadać pytanie:

Czy Rzeczpospolita Polska zaprzestała dostaw broni i sprzętu dla
Syrii i jej terrorystycznych aliantów, czy też i w tej dziedzinie, jak
w wielu innych, kontynuuje politykę swojej poprzedniczki, niesławnej
PRL ?

T. Czech

P.S.

Wykaz głównych sił wojskowych w Libanie:

- Syryjska armia okupacyjna licząca ok. 35 tys. żołnierzy z ok. 3OO
czołgami, skoncentrowana w większości w rejonie Ba'albeg, Doliny
Bekaa, oraz w Zachodnim Bejrucie i nad rzeką Mardut.

- 6. brygada armii libańskiej, złożona z szyitów, prosyryjska, rozlo-
kowana w Zachodnim Bejrucie.

- Postępowo - szyicka Amal Nahiba Berri, kontrolująca południowe
i centralne regiony Libanu, prosyryjska.

- Druzyjska Postępowa Partia Pracy Walida Dżumblata z 5 tys. żołnie-
rzy w druzyjskim rejonie Shout M'tns, prosyryjska.

- Narodowa Syryjska Partia Socjalna, złożona z sunnitów i chrześcijan
obrządku greckiego, ok. 1 tys. ludzi, prosyryjska.

- Hezbollah, fundamentalistyczna, szyicka "Partia Boga", ok.3 tys.
uzbrojonych ludzi w Dolinie Bekaa i Bejrucie, proirańska, wspiera-
jąca Syrię.

- Palestyńskie oddziały Fatah - Tymczasowe Dowództwo Abu Mussy, pro-
syryjskie, zbuntowane przeciwko Arafatowi, rozlokowane pod syryjską
okupacją.

- Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny Ahmeda Dżibrila w Dolinie Bekaa.

- Brygada Marada złożona z maronitów, lojalna wobec ex-prezydenta
Libanu Sulejmana Frandżije,prosyryjska, stacjonuje w sile ok.1 tys.
ludzi na południe od Tripoli.

- Milicja Eli Hobejka złożona z 5OO maronickich chrześcijan, popiera-
jąca Syrię, prawdopodobnie odpowiedzialna za masakry Palestyńczyków
w obozach Sabra i Szatila (2wówczas nie była prosyryjska).

- Armia Libanu - 5 brygad pod dowództwem M. Aouna, ok. 2O tys.
żołnierzy we Wschodnim Bejrucie i enklawie.

- Milicja maronickich chrześcijan dowodzona przez Szamira Dżadża, ok.
5 tys., rozlokowani w enklawie.

- Izraelskie wojska okupacyjne w strefie bezpieczeństwa.

- Armia Południowego Libanu, proizraelska, złożona z chrześcijan ma-
ronickich i greckich oraz szyitów i sunnitów, rozlokowana w strefie
bezpieczeństwa.

T. Czech

----------------------------------------------------------------------
WIADOMOŚCI I KOMENTARZE DROBNE

W czerwcu mija 8 lat od powstania Solidarności Walczącej.

*

Plan ratowania Wałbrzycha, opracowany przez Wojciecha Myśleckiego,
przedstawiciela Solidarności Walczącej i współautora koncepcji gospo-
darczych SW, został zatwierdzony przez Komitet Ekonomiczny Rady Minis-
trów.

*

Dyrektor WPEC (obecnie PEC) w Siedlcach p. Smarzewski, przeciw któ-
remu Komisja Zakładowa NSZZ "Solidarność" wysunęła zarzuty niegos-
podarności potwierdzone przez NIK, najzwyczajniej w świecie zwolnił
członków Komisji z pracy. Jak podaje dwutygodnik siedleckiej "Solidar-
ności" - "Nasz Czas" /nr 14/, za zwolnionymi ujął się sam przewodni-
czący Regionu Mazowsze M. Boni. Lecz dotychczas niczego nie wskórał,
gdyż za dyrektorem stoi jeden z "naszych" ministrów. Który - pismo
taktownie przemilcza. Taka to teraz solidarność.

*

25 maja do Dobroszyc k. Wrocławia przyjechać miał Tadeusz Mazowiec-
ki, na przedwyborcze spotkanie z rolnikami. W ostatniej chwili wizytę
odwołano, gdyż chłopi, niezadowoleni rządowej polityki rolnej, odgra-
żali się, że obrzucą premiera jajkami.

*

Oddział PCK we Wrocławiu nie otrzymał na maj ani złotówki z budże-
tu. Zapasy się wyczerpują. Nie starcza nawet na darmowe zupy, brak
żywności i odzieży dla najbiedniejszych.

*

Na Litwie istnieje 796 wspólnot wyznaniowych: 657 katolickich, 41
prawosławnych, 27 luterańskich, 7 reformowanych (kalwińskich), 5
wspólnot baptystów, 3 muzułmańskie, 2 judaistyczne, 2 wspólnoty zielo-
noświątkowców, 1 karaimska. Wierzącym od 1988 roku oddano ponad 2O
kościołów katolickich i jedną cerkiew. Jednocześnie wydano 15 zezwoleń
na budowę lub odbudowę świątyń.

*

Klub "Aukuras" ("Ołtarz ofiarny") przy Politechnice Kowieńskiej
podjął się odbudowy pomnika Witolda. Na konto przedsięwzięcia wpłynęło
ponad 4OO tysięcy rubli. Obecnie powstaje gipsowy model pomnika, wyko-
nanego w latach międzywojennych przez Vincasa Grybasa. Wokół cokołu
mają stanąć żeliwne postacie pokonanych przez Wielkiego Księcia wojow-
ników: Tatara, Krzyżaka, Polaka i Białorusina. Pomnik ma być odsło-
nięty w Kownie przy Alei Wolności (Laisves) 15 lipca - w 58O rocznicę
Bitwy pod Grunwaldem oraz 56O rocznicę śmierci Witolda.

*

Dosyć paktów z czerwonymi mordercami ! Takim hasłem powitała SW
ludzi wychodzących z katowickiej katedry po trzeciomajowej mszy
św. Jednym z pierwszych, którzy się natknęli na grupę SW był wojewoda
Wnuk. Zwolennik "materializmu dialektycznego" w kościele ? ! No cóż,
jak trwoga to do Boga.

*

Majowy numer "Mieżdunarodnoj Żyzni" przynosi artykuł Natalii Lebie-
diewej na temat sowieckich zbrodni na polskich jeńcach wojennych. Na
podstawie własnych badań autorka podaje dwa przypuszczalne miejsca
pochowania Polaków więzionych w Starobielsku i Ostaszkowie. Są to
okolice Charkowa (3891 zabitych) i Kalinino pod Moskwą (6287 zabi-
tych). Podobno trwają poszukiwania tych miejsc.

----------------------------------------------------------------------

WIADOMOŚCI GOSPODARCZE

W kwietniu produkcja obniżyła się w stosunku do kwietnia ub.r.
o 3O,8 %. W marcu, wg danych ostatecznych, produkcja była mniejsza
o 3O,9 % niż w marcu 1989.

*

Największy spadek produkcji w kwietniu zanotowano w przemyśle
lekkim - o 44,4 %, w tym we włókienniczym - o 46,3 %. W przemyśle
drzewno-papierniczym - o 4O,4 %, mineralnym - o 39,4 %, węglowym -
o 38,3 %, spożywczym - o 34,4 %, chemicznym - o 32,8 %.

Najmniejszy spadek produkcji zanotowano w przemyśle paliw - o 1,4 %,
energetycznym - o 7,4 %, hutnictwa żelaza - o 13,7 %.

Są to efekty planu Balcerowicza przeciwne do zamierzonych. Najsil-
niej "trzymają się" przemysły energo- i materiałochłonne.

*

Eksport w kwietniu br. był o 27 % większy niż przed rokiem, import
zaś o 4O % mniejszy. Nadwyżka wymiany handlowej wykazuje nadal
gwałtowny wzrost. Saldo rublowe wzrosło w kwietniu do ponad 1,4 mld
rb, dolarowe do ponad 1,2 mld USD.

*

Ceny realizacji produkcji sprzedanej w przemyśle państwowym wzrosły
w kwietniu, w porównaniu z marcem br. o 1,2 % Największy wzrost
zanotowano w przemyśle spożywczym - o 6,1 %.

*

Ponad 5 tys. zakładów zapowiedziało grupowe zwolnienia z pracy.
Dotyczyć to ma 22O tys. osób. W 31 województwach stopa bezrobocia
przekroczyła właśnie 3 %. W woj. suwalskim zbliża się do 7 %.

*

Nadwyżka budżetu centralnego zmniejszyła się 12 maja do 2,3 bln zł.

Bużety terenowe nadal notują deficyt. Po I kwartale wyniósł on O,4 bln
zł.

*

Sejm przyjął ustawę o utworzeniu Agencji Rynku Rolnego.

*

Józef Kuśmierek na łamach "Gazety Wyborczej" rozszyfrował przyczynę
braku benzyny w CPN-ach. Według niego przyczyną nie jest fatalna
struktura i organizacja CPN, lecz brak możliwości zbytu i magazynowa-
nia olejów opałowych i asfaltów, powstających z ropy naftowej przy
produkcji etyliny. Nie ma co robić z produktami ubocznymi, nie można
więc rozwijać produkcji zasadniczej. Kuśmierek stwierdza, że rząd nie
wie, jak ten problem rozwiązać. Dymisja dyrektora CPN była gestem
poświęcenia go jako "kozła ofiarnego". Faktycznie nie był on odpowie-
dzialny za brak benzyn.

*

W oparciu o przepisy Kodeksu Handlowego z 1934 r. rozpoczęła się
prywatyzacja "Universalu". Emisji akcji (każda, o wartości 1O tys. zł,
sprzedawana jest po 2O tys. zł) dokonał niedawno sprywatyzowany Bank
Inwestycji Gospodarczych SA.

*

Rada Ministrów przyznała min. Kuroniowi 1OO mld zł na restruktury-
zację spółdzielni inwalidów i niewidomych. Pieniądze te zostaną użyte
jako dopłaty do kredytów na zmianę profilu produkcji.

*

Rada Ministrów poleciła ministrowi przemysłu przygotowanie projektu
podziału 3 bln zł na cele zmian strukturalnych w przemyśle.

*

Na ukończenie pierwszego odcinka metra warszawskiego brakuje
1,5 bln zł.

*

Kopalniom węgla brunatnego grozi bankructwo. Zadłużenie największej
kopalni w Bełchatowie wynosi 9O mld zł. Elektrownie płacą 25 tys. zł
za tonę węgla - kopalnie żądają 51 tys. zł i ulg podatkowych albo 6O
tys. zł za tonę bez ulg podakowych.

*

W Polsce przebywali przedstawiciele amerykańskiej Agencji ds. Roz-
woju Międzynarodowego, z jej przewodniczącym Cyrusem Vance, oraz
delegacja Financial Volunteer Corps. Amerykanie sceptycznie odnieśli
się do możliwości poważnego inwestowania w Polsce przez kapitał amery-
kański.

*

Obcokrajowcy mogą w Polsce zaopatrywać się w paliwo za złotówki.
O ile stać będą w kolejkach.

*

Ministrowie finansów NRD i RFN podpisali 18 maja traktat o unifika-
cji gospodarczej, walutowej i socjalnej pomiędzy państwami niemiecki-
mi.

Kanclerz Helmut Kohl ujawnił koszty zjednoczenia - mają one wynieść
w ciągu najbliższych 4 lat 115 mld marek. Zostanie utworzony specjalny
fundusz zjednoczeniowy, z którego zostanie pokryty deficyt budżetowy
NRD.

*

Przeciwko ratyfikacji układu o unii państwowej NRD-RFN w obecnym
brzmieniu wystąpiła zachodnioniemiecka SPD. Chce ona zagwarantować
NRD-owskim przedsiębiorstwom zabezpieczenia przed upadkiem w okresie
przechodzenia na gospodarkę rynkową.

*

Bułgarski Związek Obywatelskich Inicjatyw podjął decyzję o utworze-
niu pierwszego w Bułgarii prywatnego banku handlowego. Akcjonarriusza-
mi mogą być osoby fizyczne i prawne z kraju i zagranicy.

*

W Jugosławii zanotowano w kwietniu ujemny wskaźnik inflacji - 3 %.
W pierwszym kwartale br. produkcja spadła tam o 7,1 %. Są to rezultaty
prowadzonej od stycznia br. polityki antyinflacyjnej.

*

Czechosłowackie wierzytelności za granicą wynoszą ok. 7 mld USD,
a więc tyle samo, ile wynosi dług Czechosłowacji wobec banków zachod-
nich. Jednakże 1/3 wierzytelności jest nieściągalna, głównie z zaprzy-
jaźnionych krajów rozwijających się.

*

Finlandia jest gotowa przyznać na ochronę środowiska w przyległych
do niej terytoriach ZSRR tyle samo środków, ile wydaje u siebie w kra-
ju.

*

Z wielu stron dochodzą sygnały o trudnościach płatniczych ZSRR.
MOskwa zalega z płatnością za australijską i urugwajską wełnę, za
amerykańskie zboże oraz japońskie i zachodnioniemieckie dobra inwesty-
cyjne. W Zurychu mówi się o zwiększeniu przez Moskwę sprzedaży złota.

*

Premier Ryżkow przedstawił Radzie Prezydenckiej ZSRR projekt prze-
widujący m.in. znaczny wzrost cen podstawowych towarów i usług.
Projekt został zaaprobowany. Od następnego dnia zaczęło się paniczne
wykupywanie towarów w sklepach.

*

Korea Płd. podpisała rządowe porozumienie z ZSRR na dostawę w ciągu
1O lat 39O ton sowieckiego wzbogaconego uranu.
*

Ambasadorzy ZSRR, Ukrainy i Białorusi przy ONZ zwrócili się do tej
organizacji o pomoc w zwalczaniu skutków katastrofy w Czarnobylu.

*

Międzynarodowy Fundusz Walutowy zwiększy o 5O %, czyli o 6O mld USD
kapitał własny. Taką decyzję podjęli przedstawiciele siódemki najbo-
gatszych krajów świata.

*

Stany Zjednoczone zgodziły się na liberalizację eksportu w ramach
COCOM (zaawansowane technologie). Chodzi głównie o komputery, sprzęt
telekomunikacyjny i precyzyjne obrabiarki.

*

Wiceprezes Banku Światowego W Wapenhaus powiedział, że Bank
Światowy zamierza w ciągu najbliższych 3 lat przyznać krajom Europy
Wschodniej 7 mld USD pożyczek.

----------------------------------------------------------------------

TENDENCYJNY PRZEGLĄD PRASY

Stanisław Albinowski w "Gazecie Bankowej" /13-19.5.9O/, kontynuując
cykl rolny pt. "Stawka jest ogromna", analizuje przyczyny zacofania
polskiego rolnictwa. Zdaniem autora, główne czynniki to: anachroniczna
struktura obszarowa gospodarstw rolnych (za małe gospodarstwa indywi-
dualne, za duże - państwowe i spółdzielcze), oraz struktura upraw
(żytnio - ziemniaczana), wadliwa infrastruktura produkcyjno - cywili-
zacyjna wsi, błędy w agrotechnice, monopole, brak usług itd.

Niewłaściwe metody agrotechniczne doprowadziły w 1988 r. do zmar-
notrawienia 4OO tys. ton nawozów NPK, z czego 26O tys. ton nawozów
azotowych spłynęło do rzek i jezior, zanieczyszczając je. Te nawozy,
dobrze wykorzystane, mogłyby przynieść plony w wysokości 3 mln. ton
zbóż (import zbóż - 2,7 mln. ton)

Wadliwa struktura produkcji roślinnej, oraz nadmiernie wydłużony
cykl hodowli zwierzęcej powoduje obniżenie produkcyjności żywca o 1/3.
Albinowski pyta o ile byłyby niższe ceny mięsa, gdyby jego podaż była
o 1/3 większa? Na koniec stwierdza, że obecnemu rządowi, tak jak i
poprzednim, najwyraźniej nie zależy na racjonalizacji produkcji
rolnej.

*

Drugie posiedzenie nadzwyczajnej Komisji Sejmowej, mającej rozpat-
rywać projekty ustaw prywatyzacyjnych, poświęcone było projektowi
poselskiemu. S. Mac /"Gazata Bankowa", 13-19.O5.9O/, komentując to
posiedzenie, "dowodzi" wyższości projektu rządowego nad poselskim,
w sposób tyleż arogancki, co nieprzekonywający. Autor twierdzi, że
przyjęcie projektu poselskiego doprowadzi Polskę do sytuacji z po-
czątku maja br. gdy zabrakło chleba (bo załogi "Społem", zamiast pra-
cować, chciały wolnego czasu), a także benzyny w stacjach CPN-u, który
należy prywatyzować, nie oglądając się na nic.

Broniąc projektu rządowego, S.Mac posiłkuje się tezą o iście gogo-
lowskim komiźmie - twierdzi mianowicie, że jednoosobowość organu
decyzyjnego (prezesa Agencji d/s przekształceń własnościowych) zapew-
nia najpełniejszą odpowiedzialność.(!) Skoro tak, to po co wieloosobo-
wy rząd, i jeszcze liczniejszy parlament, nie mówiąc już o samorządach
terytorialnych ?

Nie dość na tym, oprócz powyższych pseudoargumentów, Mac przywołuje
w sukurs, delikatnie mówiąc, półprawdy, twierdząc, że Wyższość projek-
tu rządowego nad poselskim uznała także "Solidarność", Konfederacja
Pracodawców oraz /.../ Senacka Komisja Gospodarki Narodowej.

Tymczasem fakt, że Zjazd "S" nie uchwalił poparcia dla akcjonariatu
pracowniczego, nie oznacza automatycznie akceptacji "Solidarności" dla
projektu rządowego; natomiast Konfederacja Pracodawców, wraz z Krajo-
wym Przedstawicielstwem Samorządów Pracowniczych, odrzuciła ostatnio
właśnie projekt rządowy (!). Jak widać, krytyczny stosunek szefa Kon-
federacji, senatora A.Machalskiego, do projektu poselskiego, bynaj-
mniej nie oznacza poparcia całej oraganizacji dla alternatywnego,
rządowego projektu.

*

Tematyka prywatyzacyjna zdominowała również "Życie Gospodarcze"
/13-19.5.9O/, które zamieszcza m.in. artykuł T. Jeziorańskiego pt.
"Pułapki Pełnomocnika" (oczywiście, pełnomocnika rządu d/s przekształ-
ceń własnościowych - min. Lisa). Jeziorański dowodzi, że zapis
w projekcie rządowym, uprawniający załogę do zakupu do 2O% akcji
swojej firmy na zasadach preferencyjnych, jest fikcją. W projekcie
istnieje bowiem również zapis, że łączna suma preferencji dla załogi
kupującej akcje nie może przekroczyć kwoty wynagrodzeń wypłaconych w
przedsiębiorstwie w okresie 12 miesięcy poprzedzających pierwszy akt
prywatyzacji. /.../ odstęp pomiędzy pierwszym etapem a początkiem dru-
giego (sprzedaż akcji) może wynieść 2 lata.

Jeziorański przeprowadza dla kilku przedsiębiorstw rachunki symu-
lacujne (uwzględniające inflację), z których wynika, że załogi mogłyby
liczyć jedynie na 4 - 12% preferencyjnych akcji. Resztę pakietu, jeśli
załoga nie będzie dysponować wystarczającymi środkami, przejąć może
zakładowa nomenklatura, płacąc, zamiast rynkowej, cenę minimalną.

T. Jeziorański pisze: Przypadkowa to czy świadomie skonstruowana
pułapka ? Podejrzewam, że jednak przypadkowa /.../. Stawiam jednak te-
zę o nieświadomym sprokurowaniu dużej politycznej gafy nie tylko dla-
tego, że podobne wypadki arogancji wobec rzeczywistości miały już
miejsce, ale również dlatego, ponieważ w dwóch spośród trzech przed-
siębiorstw przemysłowych przeznaczonych w pierwszej kolejności do pry-
watyzacji - rachunki wypadają także niekorzystnie dla załogi.

Skoro więc rząd jest "nasz" i to "najlepszy z możliwych", pozostają
jedynie dywagacje, co lepsze: machinacja, czy niekompetencja.

*

"Chichot lorda Actona", to tytuł wywiadu z Hubertem Izdebskim i A.
Miłkowskim, współautorami poselskiego projektu prywatyzacji przedsię-
biorstw państwowych /"Życie Gospodarcze, 13-19.5.9O/. Lord Acton miał
stwierdzić przeszło 1OO lat temu, że Każda władza psuje, ale władza
absolutna psuje absolutnie. Jaka będzie władza rządu jeśli parlament
sceduje nań prawo decydowania o całym majątku państwowym ?

Obaj panowie bronią swojego projektu przed zarzutem "lewackości".
H. Izdebski mówi: Jeśli prywatyzacja ma być środkiem służącym wprowa-
dzeniu normalnej, efektywnej, nie księżycowej ekonomii, musi być pro-
cesem społecznym, a skoro tak, to jej naturalnym elementem musi być
prywatyzacja prywatyzacji, albowiem to, co proponuje pełnomocnik rzą-
du, to zwykła etatyzacja prywatyzacji. A. Miłkowski: Mnie bardziej
niepokoi syndrom cara. Koncepcję rządową można zawrzeć w dwóch zda-
niach: prezes Agencji może wszystko, a jeśli nie może prezes, to może
Rada Ministrów na wniosek prezesa Agencji. W okresie budowania ładu
demokratycznego, to chyba lekka przesada.

*

Warto przeczytać wywiad ("Polityka", 19.5.9O) z nowym przywódcą
ludowym, Romanem Bartoszcze, prezesem Naczelnego Komitetu Wykonawczego
PSL. Niewykluczone, że udziela go trzeci (oczywiście, po Wałęsie
i Mazowieckim) "największy" polityk roku. Na dowód, i dla zachęty,
obszerny fragment tej fascynującej rozmowy:

Polityka: W głośnym wystąpieniu w Sejmie mówił pan o infiltracji
"Solidarności" przez SB. Czy miał pan na myśli to, że tak
niewielu ma zupełnie czyste sumienie, że każdy ma jakąś przeszłość
i że trzeba ją umieć oddzielić ?

R. Bartoszcze - Intencja była jasna: żeby potraktować przeszłość tak
jak to zaproponował premier Mazowiecki, wszyscy byliś-
my wkomponowani w ten system, wszyscy byliśmy objęci systemem kontroli
SB każdy z nas miał akta. Trzeba zapomnieć o tym, co było.

"Polityka" - Czyli zniszczyć te akta, jak mówi wicepremier Kozłowski ?
Z wszystkimi tego konsekwencjami.

R.B. - Tak - zniszczyć. Jestem przeciwny temu, żeby wyciągać te tecz-
ki. Przyszedł czas zapomnienia.

"Polityka" - Również w sprawie okoliczności śmierci pańskiego brata ?

R. B. - Przecież powiedziałem jednoznacznie: ja już tego nie pamiętam.
Zapomniałem.

Genialne w swojej prostocie ! Doprawdy, wielka jest przyszłość tego
człowieka. Zwłaszcza, gdy nigdy nie dowiemy się, co skłoniło go do tej
nagłej zmiany poglądów na przeciwne, gdyż przecież wszystkie teczki
mają zostać zniszczone. A jeśli kopie akt mają Sowieci to co ? To
przecież niemożliwe ! I już.

Kolejny fragment zdaje się wskazywać, jaka będzie ta przyszłość
R. Bartoszcze:

"Polityka" - Czy polski dramat nie sprowadza się do tego, że szybkie
przemiany mogą się dokonać głównie kosztem dwóch najsil-
niejszych i najlepiej zorganizowanych grup: wielkoprzemysłowych robot-
ników - w "Solidarności" i drobnych rolników - w PSL ?

R.B. - Ja się obawiam czego innego: że ci wielkoprzemysłowi robotnicy
mogą się wprost dogadać z rolnikami, poza plecami obu organiza-
cji, i sami zaczną przestawiać meble w naszym kraju.

Sądzić należy, że tylko premier rządu RP R. Bartoszcze może temu
zapobiec, oczywiście, wraz z prezydentem Mazowieckim. Innego ratunku
dla OJCZYZNY nie ma i być nie może.

*

"Najwyższy Czas" z 19-25 maja przynosi reakcję konserwatywnych li-
berałów na oświadczenie 43 "intelektualistów" zebranych przez J. Turo-
wicza 8 maja w Krakowie. "Intelektualiści" ci jak doniosła "Gazeta
Wyborcza", przestrzegli świat przed polskim szowinizmem i antysemi-
tyzmem, za który oni nie biorą odpowiedzialności, gdyż jest to produkt
polskiej prawicy faszystowskiej, tej zebranej niedawno w Warszawie na
Kongresie Prawicy Polskiej. W "Obłudzie do nieba śmierdzącej" sm
pisze: Według intelektualistów polskie życie publiczne wygląda tak:
ledwo upadł komunizm, społeczeństwo polskie wróciło do swoich ulubio-
nych rozrywek: szowinizmu i antysemityzmu /.../ Przy okazji świat
będzie miał, sprokurowany przez 43 uczestników spotkania, dowód na
piśmie, że dla Polaków najlepszy jest komunizm, albo jakaś inna forma
międzynarodowej kurateli, bo tylko takie rozwiązanie uchroni świat
przed antysemityzmem, na który Polacy cierpią nieuleczalnie.

Janusz Korwin-Mikke jest jeszcze ostrzejszy w reakcji: Uczestnicy
zebrali się wokół michy z cementem, nad nimi powiewała Gwiazda Syjonu,
a w rękach dzierżyli masońskie kielnie. Z nogami w cemencie uchwalili
odezwę, głęboko humanitarną, niejasną, długą i bełkotliwą. Więcej
o tym zdarzeniu pisać nie warto.

Jest również PS: Uwagi o Gwiezdzie Dawida, kielniach i cemencie
mogę ewentualnie wycofać - jeśli uczestnicy sabatu wycofają traktujące
o faszystach na Kongresie Prawicy fragmenty swego oświadczenia.

Czy nie jest to "europejska" propozycja ?

----------------------------------------------------------------------

Ruch Antykomunistyczny: